Fundacja
O nas
Regulamin
Statut
Sprawozdania
Prawa zwierząt
Okruchy Cierpienia
Linki
Adopcja
Adopcja
 Adopcja Wirtualna
Porady
Dobre Wieści
Pożegnania
Zwierzęta
Galeria
Zaginęły - OGŁOSZENIA
Identyfikacja
Zwierzęta
Suki małe
Suki średnie
Suki duże
Psy małe
Psy średnie
Psy duże
Opuściły schronisko
Aktualności
Aktualności
Komentarze
Nasze Interwencje
Newsletter
Stop Okrucieństwu
Rzeczywistość w polskich schroniskach
Pseudohodowle
(Nie)ludzkie bestialstwa
Z sali sądowej - wydarzenia w kraju
Z sali sądowej - sprawiedliwość po polsku
Petycje
Pomóż nam
 Podziękowania
Jak nam możesz pomóc
Przekaż nam  
 Podarunek z psim sercem
 Adoptuj Wirtualnie
 Wyślij naszą kartkę do Przyjaciół
Akcje, wydarzenia


POŻEGNANIA






Bari

Kwiecień 2015


BARI - POŻEGNANIE









Dżigit (-maj 2014)

Maj 2014


DŻIGIT - POŻEGNANIE


Miał na imię Dżigit. 4 listopada 2007 roku zobaczyłam Go po raz pierwszy. Przyjechał, wszedł do naszego domu,wszedł w nasze życie. I wszystko sie zmieniło, przewartosciowalo.
Była już wtedy z nami Pusia, sunia, ktora teraz leży obok mnie, ale to Dżigit sprawił, że posiadanie PSA
nabrało innego wymiaru.



Mówiłam o Nim Pies Pierwotny.
Zaadoptowany z Emira.
Po wielu ustaleniach z Panią Krystyną Sroczyńską, przywiózł Go nam taki miły pan, mam zdjęcia z tego wydarzenia.

Przeżyliśmy z Dżigitem sześć , tylko sześć wspólnych lat,najwspanialszych,najbardziej niesamowitych lat mojego życia.

Przy Nim moi synowie wchodzili w dorosłość ,w miedzy czasie dołączył do nas trzeci psiak, Dżigit był ze mną w najtrudniejszych chwilach mojego życia..

Był Psem niezwykłym i niezwykła więź nas łączyła. Wiem,ze brzmi banalnie,ale dokładnie tak było.I mogę pisać o tym do rana.

Już chyba mogę,choć gardło ściska.
Odszedł 6 miesięcy temu.

I ja, choć był czystą radością mojego życia, musiałam o tym zadecydować.
Walczyliśmy o Niego ponad rok, wyjazdy do kliniki we Wrocławiu, do dr Hildebranda, do dr Wrzoska, biopsję, prześwietlenia, rezonans magnetyczny. Ostatnie 6 tygodni był sparaliżowany, ważył 55 kg a my wynosilismy Go na siku, na spacer, zmienialiśmy Mu pozycje..spałam razem z nim na podłodze.

Przegrywalismy..ja wiedziałam i On tez wiedział. I nigdy nie zapomnę Jego spojrzenia tego ostatniego dnia, ostatniego posiłku, ostatniego niesienia na spacerek..

Pożegnanie.

Niewyobrazalny ból. Niewyobrażalna rozpacz.

Moi synowie, przyjaciele,wszyscy kochaliśmy Go ogromnie.

Zaprzyjaźniony lekarz przyjechał do domu,

Trzymałam mojego kochanego,najukochańszego Przyjaciela w ramionach...do Jego ostatniego tchnienia

Pochowalismy Go na naszej działce w skałkach, w miejscu, które bardzo lubił..

Macho jest do Dzigita bardzo podobny.

Nie szukam ciągu dalszego, bo wiem, ze nigdy nie nastąpi

I wiem, ze nic i nikt nigdy nie zapełni tej pustki

Ale myśle,ze już czas..jest w naszym domu miejsce, z czasem pewnie i w naszych sercach..

Nie chodzi o to jak długo Macho jest w Emirze, chodzi wyłącznie o to,czy w jego wieku taka zmiana,

taki stres, nie przyniosą więcej szkody niż pożytku..

Proszę serdecznie pozdrowić Panią Krystynę

p.s.
To był nowotwór kości.
Usadowił sie najpierw w łapie ,potem zajął kręgosłup. Nieoperacyjny.ani w Polsce, ani nigdzie w Europie. Wiem, bo szukałam .
Kocham Kaukazy.
I coś przyrzeklam Dżigitowi

Ewa K. z Dabrowy Gorniczej.








Hela (2009-kwiecień 2014)

27 kwiecień 2014


HELA - POŻEGNANIE


Z niewymownym smutkiem i żalem informuję iż nasza ulubienica NASZA „PIĘKNA
Helena” - oddana opiekunka malutkich wnuków oraz żarliwa obrończyni naszego domostwa
odeszła dzisiejszej nocy.
Od pierwszych dni nie miała problemu z asymilacją. Była kochana i odwzajemniała się tym
samym całym swym wielkim serduszkiem i ogromnym ciałem.
Nigdy nikogo nie ugryzła i nigdy nie wyszła poza teren, mimo iż brama
była otwarta. Rozumiała wszystko co się do niej mówiło.
Nie okazywała cienia złości jak któryś z wnuków zasypiał w jej budzie,
ona sama spała tuż obok na zewnątrz.
Pan Bóg musiał mieć ważny powód zabierając ją od nas.
Co ja powiem moim wnukom jak wrócą jutro i zapytają gdzie jest Helusia?
Serce pęka i słów brak
Piotr L.




Bernardynka HELA –„piękna Helena” jak ją nazywał jej Opiekun. W schronisku od
6.08.2020 – adoptowana 5.12.2020 r. Kochana i rozpieszczana, wolna, radosna żyła jak
prawdziwa królowa ciesząc się przestrzenią i słońcem. Niestety – w nocy z 26/27.04.14 -
HELENA zasnęła na wieki. Musimy się z tym pogodzić. Miała ok. 8-9 lat.
Dziękuje Panu Piotrowi i jego Żonie za dar serca jaki okazali bezdomnemu psu, za miłość
i bezpieczne życie. Hela – bezdomne stworzenie – przeżyła pięć szczęśliwych lat wśród
kochających ludzi.
Szanowni Państwo – Za wasze serca - za jej dobre życie, za radość jaką emanowała –z całego
serca dziękuję
emir









Dona (czerwiec 2004 - luty 2014)

1 marzec 2014


DONA - POŻEGNANIE

DONA umarła. Już nigdy nie usiądzie przy bramie czekając aż wjadę samochodem.Zawsze czujna, strzegąca domu,gotowa bronić nas wszystkich.Nigdy już nie rozloży się przy moich nogach, nie oprze pięknego łba o moje kolana a jej mądre oczy nigdy już nie powiedzą:"nareszcuie jesteś".
Umarła jedna suka.Dlaczego tak pusto w sercu i w ogrodzie?
Tomasz










Atos (10.11.2020-29.01.2020)

29 styczeń 2014


ATOS - POŻEGNANIE
ATOS, Atoniu, nasz Złoty Księciunio zasnął dziś na zawsze.
Chociaż rozum mówi, że podjęliśmy jedyną słuszną decyzję, aby zakończyć jego cierpienie - ale serce wyje z rozpaczy.
Ostatnia noc była dla niego koszmarem - postępujący paraliż spowodował, że nie mógł otwierać pyska, stracił wzrok i poczucie orientacji, ogłuchł, porażenie objęło także łapy.
Rano pojechaliśmy do lekarza, który go miał pod opieką przez wszystkie lata pobytu w naszej fundacji. Lekarz podjął decyzję o natychmiastowym o uśpieniu.
Prawdopodobną przyczyną tego stanu były zmiany w mózgu po udarze jaki przeszedł.
Wolny od cierpienia śpij spokojnie nasze złote cudo, i bądź szczęśliwy razem z naszymi wszystkimi psami, które przyszło nam żegnać przez te wszystkie lata.

ariavin




Atos, Atoniu, - pies niezwykły, którego tak bardzo krzywdzili ludzie; dwukrotnie skazany na śmierć za nieswoją winę; wrzucony do świńskiego boku w Wieluniu - oszalały z przerażenia, wciśnięty w najdalszy kąt między budę a betonowe ogrodzenie. Oczekiwał na egzekucję- nie wiadomo, czy zostałby uśpiony humanitarnie (w co wątpię) czy jak to było we zwyczaju w Wieluniu otruty kumaryną utopiony w szambie lub zatłuczony .Brany na pętle i polewany wodą gdy wchodzono sprzątać boks, gdzie siedział z 4 dużymi psami;- - jedno tylko potrafił- pokazywać kły w odruchu samoobrony. Byłyśmy z Iwoną po bernardyna, który nie doczekal pomocy. Czy widząc mękę Atosa mogłyśmy tak po prostu wyjechać z niczym? Nie zliczę ile razy mnie pogryzł, ugryzł znienacka - cóż taki był, pies z problemami, pies trudny- ale tak bardzo zapadł w serce. Wśród wielu był jedyny,kochany najbardziej, tak jak matka kocha chore i nieznośne przez chorobę ,dziecko. Pies, który uczył pokory i dawał wielką milość - tak jak umiał!!









Szaza (-2010)

styczeń 2014


SZAZA - POŻEGNANIE

Witamy
7 lat temu adoptowaliśmy u Was Szazę -brązową nowofundlandkę . Przeżyła u nas prawie 3 lata .Miała bardzo daleko posuniętą kadiomiopatię rozstrzeniową. Ratowaliśmy ją jak szaleni (potężne dawki vetmedinu przez prawie dwa lata) wyciągając z kolejnej zapaści .(...) Była bardzo wrażliwa i wręcz uczuciowa, bo jako jedyna z naszego stadka wyczuwała zły nastrój lub chorobę i przychodziła "pocieszać".Jak na pieska po przejściach(była przecież  z interwencji) była wyjątkowo zrównoważona . Lekarze na SGGW powiedzieli po licznych badaniach, że to wrodzona wada serca i tylko można zapewnić jej lekami komfort tego czasu, który jej pozostał. Co jakiś czas przyjeżdżał do nas pieskowy kardiolog, bo staraliśmy się maksymalnie oszczędzać jej stresu i pomału , niestety zwiększana była dawka vetmedinu i leków towarzyszących. Pokochała nas a my mamy ten komfort psychiczny, że daliśmy jej godne ostatnie dwa z kawałkiem lata życia - w szacunku i miłości, bez bólu, opuszczenia.(...) Miała u nas naprawdę dobre życie i maksymalny komfort mimo choroby do ostatniej chwili. Jej serce , pomimo, że był to młody pies trzepotało się coraz bardziej jak ptak i wystarczyła obecność obcego psa pod naszą bramą (akurat wyszła z domu na spacer) , parę szczeknięć i po prostu upadła i już jej nie było.
Do dziś na tego psa nie mogę patrzeć, choć minęło już kilka lat i mamy jak zawsze małe stadko w domu.
 Najpiękniejsze życzenia od Lidii i Piotra.















Clifford (-11.2013)

grudzień 2013


CLIFFORD - POŻEGNANIE
28.11.2020 r. Ze smutkiem informujemy o odejściu ukochanego Clifforda. Po trzech wspaniałych latach spędzonych razem nasz dzielny Niufek odszedł do lepszego świata. Spędziliśmy razem mnóstwo pięknych chwil, odbyliśmy wiele długich spacerów i odległych podróży. Przez ten czas Clifford dostarczył nam bardzo dużo ciepła i radości. Jak się okazało, świetnie odnalazł się w miejskiej rzeczywistości, z radością i pewnością siebie zwiedzając spacerowe trasy. Błyskawicznie przystosował się też do domowych warunków, pomimo zaawansowanego wieku nie miał żadnych przyzwyczajeń, które by mu to utrudniały. Obdarzał sympatią i zaufaniem wszystkich poznanych przyjaciół - zarówno tych dwunożnych, jak i czworonożnych. Jego ogonek cieszył się do samego końca - nawet kiedy był już bardzo chory.
Pomimo trudnej przeszłości, Cliff spędził swoją emeryturę w kochającym domu, w którym staraliśmy się zapewnić mu wszystko czego potrzebował. Poznaliśmy Go jako starszego Pana, ale zawsze będziemy Go pamiętać jako radosnego, pełnego energii Misia, który z uśmiechem pokonywał wszelkie przeszkody. Dziękujemy Mu za te trzy wspaniałe lata, na zawsze pozostanie w Naszych sercach i wspomnieniach.

Rodzina Cliffa
Jolanta i Janusz M., Justyna i Tymoteusz R,















Sonia (-11.2013)

listopad 2013


SONIA

W nocy z piątku na sobotę SONIA zasnęła na zawsze. Miała ok 14-15 lat; w naszym schronisku od 2007 r.
Śpij spokojnie staruszko!








Dunaj (2006-10.2013)

październik 2013


DUNAJ - POŻEGNANIE

24.10.2020 r.Kolejna smutna wiadomość - nie żyje nasz ukochany lanseer DUNAJ wyadoptowany Z EMIRA w 2007 roku; mieszkał u cudownych ludzi w górach; został dziś uśpiony z powodu paraliżu. Państwo walczyli o niego miesiąc, ponieważ nie chodził wynosili go kilka razy dzienne; wczoraj lekarz stwierdził,że stan jest beznadziejny i pies cierpi.
DUNAJKU - BIEGAJ TERAZ BEZ BÓLU I CIESZ SIE TWOIMI UKOCHANYMI GÓRAMI WŚRÓD KTÓRYCH ŻYŁEŚ SZCZĘŚLIWY I KOCHANY OSTATNIE 6 LAT.
Musimy si ę z tym pogodzić,że nasze psy wyadoptowane przed laty dożywają swoich dni. Dobre jest to, że oddawaliśmy je w godne, dobre ręce. Mamy pewność, że odchodzą kochane przez ludzi, którzy zabrali je z naszej fundacji, dali im miłość, opiekę i bezpieczny dom. Za to wielki szacunek i niski pokłon. Wiem, że oni cierpią i płaczą, bo stracili przyjaciela i członka rodziny. Sercem i myślami jestem z Wami Drodzy Przyjaciele - ja też żegnam "nasze-emirowe skarby".








Gracja-Patrycja (Pati)(2002-15.09.2020)

wrzesień 2013


PATI - POŻEGNANIE

15 września nieoczekiwanie pożegnaliśmy nasz Promyczek Słońca - naszą kochaną Patinkę,
która codziennie uczyła nas radości i miłości.
Po tym jak zmarła, niebo zapłakało deszczem.
B?dziemy tęsknić i płakać za Tobą nasza kochana Kruszynko.
Osierociłaś nas.
Na zawsze pozostaniesz w naszej pamięci i sercach.
Miejsce aniołów jest w niebie, więc pewnie tam jesteś.

Viola




15.09.2020 przestało bić malutkie serce Gracji-Patrycji, którą w EMIRZE nazwaliśmy po prostu Pati.
A było to w roku 2006, gdy walczyliśmy z okrucieństwem wobec zwierząt w schronisku w Krzyczkach. Błagając o ratunek - brudne i chore malutkie psie nieszczęście patrzyło na nas przerażonymi oczyma zza kraty w tym przeklętym przez Boga i ludzi miejscu - mordowni w Krzyczkach. Zabraliśmy ja stamtąd. Pati przeszła 2 operację oczek; zwolna wracała do zdrowia i nabierała zaufania do ludzi. Nie była młodziutka- miała około 6 lat. Znalazła się cudowna osoba, która otworzyła swoje serce i przygarnęła naszą ślicznotkę. Przez 7 lat dała jej wszystko, co może dać człowiek: miłość, dom, bezpieczeństwo i opiekę. To bardzo dużo dla bezdomnego psa, któremu kiedyś odebrano godność, zdrowie i siły. Niestety okrutny czas zebrał żniwo. Serduszko Pati zmęczone życiem nie miało siły już bić. Odeszła w swoim domu, do ostatniej chwili otoczona miłością.
Smutna i zarazem piękna historia ludzkiej i psiej miłości i wierności.
Śpij spokojnie Patusiu - Maleńka Gwiazdeczko i tam zza Tęczowego Mostu czuwaj nad swoja Panią, która kochała ciebie nad życie.









Rysiek (-13.07.2020)

lipiec 2013


Nasz najukochańszy RYSIEK zasnął na zawsze!
Nie mogłam pisać - zrozumcie proszę - śmierć każdego mojego psa tak wiele mnie kosztuje - a Rysiek czyli Ryho Cundelburry von Emir był szczególny. Przeżył kilka lat na łańcuchu w mordowni w Węgrowie . W 2006 r. udało się go zabrać do nas i ocalić razem z 70 innymi; wiele z nich znalazło domy; inne jeszcze u nas w schronisku ciągle czekają na swoją szansę; On nie doczekał. Jego stare, zmęczone serce poprostu przestalo bić. Zasnął spokojnie - nie było widać oznak cierpienia.
Nieprawdopodobny Ryho już niczego nie napisze, nie podzieli się z nami swoimi obserwacjami i przemyśleniami.
Żegnaj Ryśku- cudowny psie o zawsze roześmianych oczach.
Świat stał się uboższy o jedno psie serce!!








Szansa (-16.07.2020)

lipiec 2013


Dziś około południa Szansa straciła przytomność i dostała  paraliżu. Weterynarz, do którego natychmiast ją zawieźliśmy wykrył w obrębie pachwiny operowanej łapy 2 spore guzy o charakterze nowotworowym oraz stwierdził, że najprawdopodobniej nowotwór zaatakował mózg. W związku z tym, że rokowań na wyzdrowienie nie było, ze względów humanitarnych została uśpiona.
Los był dla ciebie okrutny.
Śpij  Szansuniu  snem, który uwalnia od cierpienia.








Sherry (-15.02.2020)

maj 2013

Pani Krystyno !
Z wielkim żalem zawiadamiam, że w sobotę rano odeszła od nas Sherry - bernardynka. Przybyła do nas po wielkich przejściach we wrześniu 2007. I była z nami prawie 6 lat.
Swoją obecnością sprawiała nam wiele radości. Pani weterynarz, która przybyła na wezwanie (niestety było już za późno ) stwierdziła, że prawdopodobną przyczyną zejścia był skręt żołądka.
Wszystko potoczyło się tak błyskawicznie, że było to dla nas ogromnym zaskoczeniem. Sunia odeszła tak cicho i spokojnie .
Pozdrawiam Włodzimierz B.








BARA (02.04.2020-15.02.2020)

luty 2013


Dzisiaj tak jak codzień razem z Bają wyszła ok godziny 22 na ostatni tego dnia spacerek po działce. Słychać było jak szczekały i kiedy przestały wyjrzałem przez okno w kuchni zobaczyłem jak idą w kierunku domu. Nagle Bara zaczęła nienaturalnie powłóczyć tylnimi nogami i przewróciła się. Wybiegłem do niej wniosłem ją do domu, ale niestety to był już koniec jej życia. Szybko żyła i szybko umarła. Zdrowy psiak biegł, przewrócił się i umarł.
U lekarza byliśmy po jakichś 5-10min. Zgon nastąpił w wyniku zatoru lub zawału.
-----------------------------------
Pozdrawiam
Łukasz








Emi - 30.01.2020

styczeń 2013

Wiadomość od której serce kamienieje: nasza ukochana, cudem uratowana przed laty EMI ODESZŁA!
Cudem uratowana znalazła dom u wspaniałego człowieka Pani Beaty. Żyła szczęsliwa i bezpieczna jeszcze 6 lat. Okrutny rak mózgu ją zabił. Wiemy, że ostatni obraz jaki zabrała Emi – to była twarz ukochanej Opiekunki i dotyk jej ręki. Śpij kochna iskierko o oczach jak węgielki.

„Szanowna Pani Krystyno,
z wielkim żalem i bólem muszę państwa zawiadomić że Emi ma raka mózgu. Lekarze nie mogą niestety nic dla niej zrobić. Choroba wycieńczyła ją i sprawia jej dużo bólu. Dlatego wspólnie zadecydowaliśmy ze pozwolimy jej odejść.
To była jedna z najcięższych decyzji, którą musiałam ponieść. Poprosiliśmy lekarza żeby przyszeł do domu i żeby mogła umrzeć w rodzinnym gronie.
Emi już nie potrafi chodzić, tak że wynosimy ją na ogródek żeby się załatwiła, nie widzi już i prawie nic nie słyszy - ale serce ma jeszcze takie mocne.
To takie straszne - jej wychudzone i wycieńczone ciało a serce takie mocne... Czemu nie może zasnąć tak po prostu ze starości? Nie dość się nacierpiała?
Czemu ja mam takie decyzje podejmować?
(...)Emi nie walczyła odeszła bez bólu i strachu - byliśmy przy niej do końca.

Niestety nie jestem w stanie więcej pisać - Emi wybacz mi ...”

Beata B.



śpij Boża Iskierko o oczach czarnych jak węgielki
o oczach, których radosny blask udało się przywrócić.
Twoje małe serduszko ucichło na zawsze,
a ostatni oddech był oddechem ulgi.
Cierpienie odeszło, twoje życie zgasło.
Śliczna, ufna EMI dziękuję ci,
że nauczyłaś mnie, że nie wolno mi stracić nadziei,
że zwątpienie może znaczyć śmierć.
Nauczyłaś jak walczyć o ciebie,
choć sama się kiedyś poddałaś.
Żegnaj kruszynko,
- śpij kochanie
gwiazdki z nieba nie dostaniesz
bo gwiazdkami były twoje oczy.
Blask ich mam w sercu i zabiorę ze sobą
wyruszając w drogę na spotkanie z tobą
Jak przed laty wezmę cię na ręce
i już odtąd nie rozstaniemy się więcej.



Tak wyglądała Emi gdy do nas przyszła










Tekla - 01.2013

styczeń 2013

Pożegnaliśmy stareńką TEKLĘ zabraną przed laty z Wrocławia, gdzie wraz z 4 innymi psami zamknięta była w ciemnej komórce. Chora psychicznie kobieta zgotowała im piekło na ziemi. Teklusia przeżyła u nas 4 lata - odeszła we śnie.









Nela - 07.12.2020

grudzień 2012

Pani Krysiu,
Miałam nadzieję, że nigdy nie będę musiała tego pisać, niestety dziś po 8 najszczęśliwszych latach swojego życia odeszło moje Słońce. Rak nie oszczędza:(, zawsze zabiera tych szczęśliwych. Dziękuję Pani za Nelcię. Brak mi słów:(
Pozdrawiam,
Ola



Nelusiu-  malutka istotko tak bardzo wlaczyliśmy o twoję życie, gdy do nas przyjechałaś. Udało się zwycięzyć chorobę. A potem przyjęli ciebie do swoich serc i do domu Wspaniali Ludzie. Byłaś ich Księżniczką i Skarbem. Los dla ciebie był łaskaw - przeżyłaś osiem lat otoczona miłością. Kiedy odeszłaś, zostawiłaś smutek i rozpacz.
Śpij spokojnie Mały Srebrny Duszku!



Tak wyglądała Nela gdy do nas przyszła










Bobiś - 05.11.2020

listopad 2012

Dziś nad ranem Bobik zasnął na zawsze. Bobik chorował od dawna - starcze zwiotczenie krtani i mięsni przełyku zdiagnozowane już ponad rok temu. Wzmacnialiśmy go lekami,ale niestety słabł coraz bardziej. Ostatnie dni nie mogł jeść ( tzn brał kawałeczek do pyska i zaczynał się dusić) i byl słaby. wzięłam go więc do siebie do pokoju, aby inne psy mu nie przeszkadzały. Nie mógl utrzymać równowagi, prawie nie wstawał. On chyba wiedział,że umiera- ostatniej nocy poddawał swoją główkę głaskaniu moich rąk i tylko wzrokiem wodził za mną. Odszedł we śnie .
Bobik był psem najdłużej z żyjących przebywający w naszej fundacji. Od 2002 roku jakoś nikt się nim nie zainteresował aby dać mu dom. Tak więc schronisko to byl jego jedyny dom jaki znał , a my jego prawdziwi opiekunowie. Innych nie miał.
Pochowaliśmy go w ogrodzie pod czarną jodłą Zostanie z nami na zawsze.
Śpij spokojnie mój staruszku


Ojcze Nasz, który jesteś samą miłością;
dziś ku wieczorowi
do Twych świętych bram
zapukał nieśmiało
nasz najmniejszy brat.
Uchyl mu bram
i pozwól wejść;
niech już nie cierpi
z bólu i ran
za życia był samą radością,
oddaniem i miłością.
Daj mu miejsce u Twych  świętych nóg
kochającą ręką utul umęczone ciało,
niech w spokoju czeka
na swojego dobrego człowieka


Krystyna Sroczyńska - emir








Frycek, - 24.08.2020

sierpień 2012

FRYCEK (imię dostał na cześć wielkiego Fryderyka Chopina na przekór małemu wzrostowi) – był z nami dwa lata.  Zgodnie  żył w stadzie tak jakby go nie było, cichy, nieduży nie wchodzący żadnemu psiakowi w drogę. Jego ulubionym miejscem była kuchnia - siadał tuż przy moich nogach kiedykolwiek robiłam coś w kuchni. Czekał spokojnie wiedząc, że zawsze jakaś niespodzianka do zjedzenia mu się trafi. Zimą lubił siedzieć na śniegu; w lecie wygrzewał się w słońcu – pięknymi, pełnymi tęsknoty oczyma  wypatrywał i czekał... czekał na tego jedynego człowieka. Czekał na dom.

Niestety! Podstępna, nieuleczalna choroba – nowotwór - dopadła tę psinę i rozwinęła się błyskawicznie. Pierwsza operacja – usunięcie guza i nadzieja, że wróci do zdrowia. Bardzo się myliliśmy. Ten podstępny zabójca nie dał za wygraną, szalał nadal w maleńkim ciałku Frycka i unicestwiał kolejne narządy. Zewnętrzne guzki  w miejscu operacji i ogromny guz usadowiony na pęcherzu i obejmujący wszystkie wnętrzności – to dzieło zniszczenia jakiego dokonał rak. Zrobiliśmy wszystkie możliwe badania; ich wyniki były przerażające i nie dawały szans. Jeszcze się łudziliśmy, nadzieja wszak umiera ostatnia. Jeszcze jedna próba ratunku – jeszcze jedna operacja. Po otwarciu brzucha nadzieja umarła. Ostatnie co mogliśmy zrobić dla niego to sprawić, by już nie obudził się ze snu.

Frycku – przyjacielu serdeczny - taki byłeś cichy i niepozorny dlaczego więc taka pustka po tobie i dlaczego serce boli?
Śpij spokojnie Kruszynko – my zapamiętamy twoje piękne i smutne oczy i twój ślad na piasku w ogrodzie.




Tytus, 22.02.2020 - 6.06.12

czerwiec 2012

Szanowna Pani,
Trzy lata temu, pojawiłam się u Pani razem z mamą by adoptować biszkoptowego labradora imieniem Tytus. Ten nietuzinkowy pies wprowadził wiele życia do naszego domu a przede wszystkim szczęścia. Szybko znaleźliśmy mnóstwo psich kolegów w pobliskim parku. Tytus był moim kompanem do konnych przejażdżek. Szybko zorientowaliśmy się, że uwielbia jeździć samochodem, do tego stopnia, że parę razy wskoczył do obcych bagażników =). Jako rasa "wodna" nie omieszkał, w ciepłe dni zażywać kąpieli w różnych jeziorach i stawach.
Na początku maja 2012 roku, w ciągu dwóch tygodni pies mocno zmarkotniał. Zapalenie wątroby, brzmiała diagnoza, przyczyna nieznana badania na babesziozę wyszły negatywnie a  5 lat historii Tytusa ( w tym wieku go adoptowaliśmy) owiana jest tajemnicą. Przez ponad miesiąc dzielnie o Niego walczyliśmy. Niestety, wczorajszej nocy Tytus odszedł zostawiając w naszych sercach ogromną pustkę i poczucie straty.
Chociaż krótko, był naszym przyjacielem, członkiem naszej rodziny.
Z całego serca dziękuję Pani, za wspaniałego towarzysza, który rozświetlił nasze życie.
Pozdrawiam
Weronika G.





Halny

luty 2012

Witam,
niestety to nie będą dobre wieści. 15 maja 2009 roku stanęłam za bramą schroniska w Żabiej Woli. Pani Krystyna przyprowadziła HALNEGO. Był to największy i najłagodniejszy bernardyn jaiego widziałam. I wyglądał jak kupka psiego nieszczęścia.
Gdy u mnie doszedł do siebie okazał się pięknym psem, najwierniejszym i myślę że ze mną najszczęśliwszym. Nawet teraz gdy to piszę łzy ciekną mi po twarzy.
Zresztą zawsze tak jest na wspomnienie o nim. Niestety, w 2011r dopadła go choroba. Wyrok - rak wątroby. Do końca życia będę zadawać sobie to pytanie czy eutanazja była dobrą decyzją. Dla niego. A może zdarzyłby się cud? a może za słabo walczyłam...?
Podziwiam innych ludzi którzy nie mają takich rozterek, nie rozpaczają po odejściu czworonoga bo...to tylko pies...ja tak nie potrafię. Dla mnie to wielka rozpacz bo odszedł najwierniejszy przyjaciel. Rozpacz, która już zawsze będzie trawić serce...
Halny odszedl 27 październikam 2011r z głową na moich kolanach. Byłam przy nim do ostatniego bicia jego serca bo to mu się należało. Zasnął spokojny i myślę że szczęśliwy przez te krótkie 2 i pół roku. Za krótkie...ale chociaż tyle zaznał szczęścia.
Łudziłam się że długo pożyje. Sama siebie oszukiwałam ale chociaż godnie przeżył ostatnie lata.
Na zawsze pozostanie w moim sercu i pamięci. Psy za szybko odchodzą...był takim pięknym bernardynem. I takim kochanym.
Dorota S.





Zyta

listopad 2011

Zaczyna się kolejny zwyczajny dzień; jak każdy jesienny – zamglony i zadumany.
Taki sam, a jednak inny, bowiem świat stał się bardziej pusty o jedno psie istnienie, o jedno psie serce, które dzisiejszej nocy przestało bić.
Odeszła nasza Zyta.
Zasnęła spokojnie. Rano na jej martwym pysku nie widać było oznak cierpienia czy bólu. Oczy i pysk miała zamknięte, ciało zimne spokojem śmierci. Zgasła tak cicho, jak żyła. Odeszła we śnie. O czym śniła umierając? O latach, gdy była kochana? Czy może o latach cierpienia i męki u starej chorej psychicznie kobiety, która ją więziła? Nie dowiemy się nigdy – bo tę tajemnicę zabrała Zyta ze sobą. Łagodna, łaskawa, podchodziła zawsze, jakby przepraszała, że żyje. Pragnąca ciepła i dotyku; ciesząca się z każdego zbliżenia się do niej. Zyta – piękne ciało okryte jedwabista długą sierścią, która z wiekiem nie straciła blasku. Już nigdy nie podejdzie do bramki boksu i milcząc nie podsunie wielkiego łba do pogłaskania.
Zyto o aksamitnych oczach i takim samym sercu
– śpij spokojnie gdziekolwiek jesteś - w moim sercu masz swoje miejsce na zawsze.
emir





NATASZA
Październik 2011

Dostaliśmy dziś smutną wiadomość o tym, że odeszła Natasza.

Natasza była wyjątkowej urody suką rasy moskiewski-stróżujący . Sunię tę przywieźliśmy do fundacji 21.05.2020 r. Była zagłodzona i chora. Po wyleczeniu została wysterylizowana i 16.03.2020 pojechała do nowego domu, gdzie żyła otoczona miłością aż do dnia śmierci.

Wiernie strzegła swoich opiekunów przez 6 lat. Była ich wielką radością i dumą, aż nieuleczalna choroba zakończyła jej życie.

Żegnaj – wspaniała Nataszo – symbolu psiej wierności i oddania.





Opowieść prawdziwa z najprawdziwszym zakończeniem
Wrzesień 2011

Jedenaście lat temu do naszego schroniska przyjechało małżeństwo Państwo .Lidka i Tomasz – nosili się z zamiarem adoptowania psa w niedalekiej przyszłości i przyjechali „się rozejrzeć i pooglądać pieski”.

Zaprosiłam ich na kawę do altany obrośniętej różami ( tak, tak wtedy jeszcze miałam i altankę i róże). Rozmawialiśmy „o wszystkim i o niczym” ot kurtuazyjna rozmowa w stylu morsztynowskim. Usiłowałam dowiedzieć się, jakie są ich oczekiwania wobec psa: jego wyglądu, płci i zachowania. Opowiedzieli mi ,że mają mieszkanie w Warszawie i dlatego chcieliby , spokojnego niedużego pieska, żeby dobrze czuł się w mieszkaniu a oni, żeby mogli go ew. nieść na rękach, gdyby zaszła taka potrzeba. Rozmowa się toczyła w ciepłych jeszcze , jesiennych promieniach słońca. Nagle, do pani Lidki podeszła suka – sznaucer- olbrzym piękna i czarna jak węgiel ok. dwuletnia . LUNA, położyła jej łapy na kolanach i łeb wsunęła pod pachę. Nie wydała z siebie przy tym żadnego dźwięku. Rozmowa urwała się i zamarliśmy w sekundowej ciszy.

Po chwili milczenia pani Lidka przytuliła łeb suki i powiedziała do mężą: „ ona wybrała, więc mamy już psa”! i ...rozpłakała się. Luna zastygła w bezruchu - nie zmieniała pozycji jakby wiedziała, że teraz właśnie w tym momencie zapada decyzja o jej dalszym życiu. Pan Tomasz potwierdził decyzję żony.

Cóż – przygotowałam dokumenty, pożyczyłam obrożę i smycz – Luna odjechała do swojego nowego domu, w nieznana przyszłość. Mijały lata. Miałam sporadyczne wiadomości telefoniczne o szalonej miłości Pańci Lidki i Luny, którą oni nazywali „Królewną” i „Laleczką”. Raz nawet , będąc przejazdem wstąpili do schroniska, aby pokazać piękną, wypielęgnowaną, ostrzyżoną Lunę – swoja dumę i milość odwzajemnioną

Czas płynął – Państwo kupili mały domek z dala od miasta także ze względu na Lunę.

W ubiegłą niedzielę zadzwonił pan Tomasz i wiadomoscią, że „Lunka – nasza królewna” nie żyje.

A oto ciąg dalszy losów Luny. Pięć lat temu zachorowała na chorobę nowotworową; nowotwór był nieopercyjny. Leczona była zachowawczo mimo wielkich kosztów tej terapii. Niestety bez skutku. Dwa tygodnie temu przestała wstawać , nie kontrolowała fizjologii, słabła i ogłuchła.Lekarz usiłował jeszcze ją ratować, ale po przeprowadzonych badaniach diagnoza była wyrokiem - okazalo się, że są przerzuty do płuc i żołądka. Dwa ostatnie dni Luna cierpiała. Lidka i Tomasz podjęli trudną, ale jedyną w tej sytuacji decyzję – pomóc ukochanej suni przejść za TM. W piątek poprosili lekarza, aby przyjechał do domu. Byli z nią do końca.Luna zasnęła na ich kolanach., Zasnęła - pewnie szczęśliwa, że są przy niej ukochani opiekunowie i że ból odchodzi, a może nie czuła już nic?

Dowiedziałam się także, że znów chcą wziąć jakiegoś psa tylko „musza wszystkie łzy wypłakać”.

Lidko i Tomku – najukochańsli Opiekunowie Lunki – nie znam odpowiednich słów , aby podziękować Wam za te 11 lat dobrego, szcześliwego , pełnego mąderj miłości życia Luny. Dziękuję też i za to, że starczyło Wam odwagi aby nie pozwlićć jej dalej cierpieć, gdy nadziei już nie było.

Luneczko- Szczęściaro, laleczko ukochana przez swoich opiekunów – śpij spokojnie królewno.

emir





Cezar

wrzesień 2011

W pierwszy dzień jesieni odszedł od nas Cezar.
Od jakiegoś pól roku poruszał się z coraz większym trudem i chodził bardzo mało. Był coraz bardziej nieobecny - głównie leżał w kuchni i popatrywał co się dzieje. Wczoraj zjadł jeszcze posiłek, a przed wieczorem cichutko odszedł.
Stary, zmęczony życiem, pies.
Smutno, gdy mi któreś odchodzi, ale taka kolej życia, choć za każdym razem trudno się z tym pogodzić!
Śpij spokojnie .




Dziadunio

lipiec 2011

Dziś do bram Tęczowego Mostu odprowadziłam Dziadunia Polo [*] I choć był bardzo stary i zawsze śmialiśmy się, że miał ze 150 lat, to serce pęka, że był z nami tak krótko. Za krótko.
Swoje drugie życie zawdzięczał Matce Emirowej, która wyrwała go z piekła schroniska w Krzyczkach. Jakimś cudem odratowała to stare, schorowane, zabiedzone psie nieszczęście,j go odratować, bo już wtedy jedną łapką był nad grobem.  Kiedy już się podniósł z choroby, n Pani Mirka, otworzyła swoje serce i przygarnęła staruszka na zasłużoną emeryturę.
Polo spędził u Pani Mirki 3 i pół roku…  Były to lata bez wątpienia bardzo szczęśliwe, nigdy wcześniej chyba nie zaznał tyle atencji, miłości i troski.  Pani Mirka wskrzesiła w oczach starego psa wesołe iskierki i sprawiła, że ubyło mu lat i bardzo chciało mu się żyć. 
Mieli swoją rutynę, którą Dziadunio kochał.   Rano zawsze szli na długi spacer: Pani Mirka, mała Sonia i On. Szli po gazety, zahaczali o sklep mięsny, w którym zawsze znalazły się pyszności dla psiaków Pani Mirki. Obchodzili okoliczne ulice i pobliski lasek, Dziadunio oczywiście czuł się w obowiązku opiekować się stadem i był bardzo dumny ze swojej roli. W ciągu dnia pilnował domu, a jego grożnie brzmiące szczekanie odstraszało nieproszonych gości. Wieczory spędzali w domu, czy to przed telewizorem, czy w kuchni zawsze pełnej smakowitych zapachów.
Oprócz Pani Mirki, Dziadunio kochał piłki i kamienie. Nie było takiej, której by nie przegryzł lub nie zgubił w przepastnym ogrodzie. Dostał ich setki, wszystkie unicestwiał lub zakopywał.. Gdy nie miał piłek, zadowalał się kamieniami. Kamieni w ogrodzie Pani Mirki miał pod dostatkiem,  rozebrał nawet kamienny płotek – nikt się na niego nie gniewał.
Kochał też jeść , a Pani  Mirka rozpieszczała go jak mogła. Kiedy do Niej trafił był prawie bezzębny, więc drobiła mu pokarm lub moczyła w rosole. Zawsze pierwszy wsadzał mordkę w siatki, wiedział, że zawsze znajdzie tam coś zarezerwowanego specjalnie dla niego.
W ciągu tych kilku lat u Pani Mirki zdrowie mu dopisywało. Miał mały wylew, który  trwale unieruchomił prawą część pysia. To nie miało znaczenia poza tym, że uśmiechał się „krzywo”. Wiedzieliśmy jednak, że miał związaną z wiekiem - spondylozę, czyli zwyrodnienie kręgosłupa . To ona go zabiła… Kiedy już Dziadunio, mimo leków wspomagających, przestał się poruszać, kiedy daremnie usiłował wstawać , kiedy wypróżniał się pod siebie i przestał jeść oraz pić, a w jego oczach zamiast zwykłej radości widać było cierpienie i ból  , po konsultacji z lekarzem ,podjęliśmy trudną decyzję – jak zwykle najtrudniejszą.
Dziś, 1 lipca 2011 o godz.21.00 serce Dziadunia przestało bić.
Wszystko wiemy: był stary, cierpiał, nie było szans na wyzdrowienie, ale...łzy same kapią na klawiaturę.
  Pożegnaliśmy bardzo starego psa, psa z historią. Psa, któremu się udało. A jednak jego odejście boli tym bardziej, że tak krótko dane mu było cieszyć się dobrem i spokojem, tak krótko był szczęśliwy. Zbyt krótką by zapomnieć całe zło wyrządzone mu przez ludzi (nie ludzi tylko ludzkie kreatury).
Dziaduniu Wesoły Satruszku , jaki cię zapamiętamy - biegaj odmłodzony i szczęśliwy za Tęczowym Mostem, gdzie żadne cierpienie, żadne zło cię nie dosięgnie..
I czekaj tam na nas…

Małgorzata Prokopowicz




Kobalt

czerwiec 2011

Witam Panią.
Przykro mi donieść, że 17 czerwca 2011 roku o godzinie 10.30 przestało bić jedno z najmocniej kochających psich serc.
26 kwietnia 2007 roku poznaliśmy się u Państwa z Kobaltem – prześlicznym Rottweilerem-Mix’em.
Nie było łatwo przekonać do siebie psa po przejściach, z dużym urazem psychicznym wywołanym przez złych ludzi, jakich najprawdopodobniej spotkał w swoim wczesnym życiu, ale staraliśmy się i udało się.
Stało przed nim trudne zadanie wypełnienia luki po poprzednim naszym pupilu, ale nie dość, że szybko dokonał tego, to jeszcze szybciej stworzył nam świat ze sobą w roli głównej. Przez minione lata bezproblemowo uczestniczył w naszym rodzinnym życiu, będąc zarówno przyjacielem jak i obrońcą naszego terytorium.
Nie chorował i nie komplikował sobie życia nieudanym koleżeństwem. Był wspaniałym kompanem.
Choroba pojawiła się nagle. Paraliż tylnych kończyn, pomimo szybkiej interwencji weterynaryjnej, postępował i pomimo intensywnego leczenia, po dziesięciu dniach odebrał Mu nawet możliwość przyswajania wody. Po konsultacji lekarza, który opiekował się Jego zdrowiem od pierwszego dnia z nami, podjęliśmy najtrudniejszą decyzje w Jego i naszym życiu – eutanazja.
Pożegnaliśmy się z więdnącym przyjacielem z nadzieją, że znajdzie miejsce w psim raju. Kobalta pochowaliśmy na poligonie pod Skierniewicami, w miejscu, które najbardziej kochał ze swoich licznych spacerów.

Bardzo Pani dziękuję, za zgodę na adopcje przed ponad czterema laty. Wierzę, że stworzyliśmy Mu dom, jakiego nie miał i przyjaźń, jakiej pragnął.
Pozdrawiamy Panią i lokatorów Fundacji – Marzena, Julia i Paweł L.




Ramon

listopad 2010

Bardzo serdecznie Witam,
Adoptowaliśmy z Fundacji EMIR 25.12.2020 psa owczarka niemieckiego długowłosego.
Z wielkim żalem chciałem Państwa powiadomić o śmierci RAMONA odszedł od nas w dniu 10-10-2020 r. po przebytej chorobie niestety lekarzom nie udało się uratować życia (bardzo nam go brakuje był świetnym dobrze ułożonym psem)
Z wyrazami szacunku
Mirosław N.




Paria

sierpień 2010

Ze smutkiem donosimy, iż Paria odeszła nagle w pt wieczorem. Nie wiemy dokładnie co jej było. Przeżyliśmy szok i ogromny żal w związku z jej śmiercią. Odeszła za wcześnie... Dopiero niedawno, po prawie 2 latach, nauczyła się odprężać, na spacerach prawie w ogóle się nie bała... Była strasznie radosną sunią, której wszędzie było pełno... Bardzo nam jej brakuje. Pocieszamy się tym, że przez te 2 lata miała wszystko czego potrzebowała: ogród, rodzinę, psich przyjaciół, las.
Pochowaliśmy ją w ogrodzie pod orzechem.




Czacza

styczeń 2010

Adoptowana od nas w 2007 roku CZACZA nie żyje. Odeszła z powodu przerzutów nowotworu. Przeżyłaś trzy szczęśliwe lata wsród kochających ludzi. Twoje dni dobiegły końca. Żegnaj!




Zocha

grudzień 2009

W wigilijną noc odeszła ZOCHA
ZOCHA była piekną bernardynką odebraną od alkoholików spod Łodzi. Od szczeniaka trzymali ją w klatce pełnej  śmieci i  jej właśnych odchodów; żywili tak jak swoje świnie; suka przetrwała dzięki sąsiadce, która ją dokarmiała i powiadomiła fundację. Zabraliśmy ją chorą, w stanie zagłodzenia, brudną i zaatakowaną przez wszystkie możliwe pasożyty z tasiemcem włącznie. Wyleczyliśmy, Zocha wypiękniała. Została wysterylizowana i miała zoperowane oczy. Była z nami i czekała na dom. Pojawiła się kobieta, która twierdziła, że jest w niej zakochana i że - pragnie Zochę i tylko Zochę adoptować; mówiła, że z zabraniem suki musi poczekać, bo sprawy osobiste, mieszkanie etc. etc. A Zocha czekała i zza ogrodzenia boksu  wypatrywała " swojej pańci'. W międzyczasie inni ludzie byli zainteresowani jej adopcją, ale ja zobowiązana przyrzeczeniem odpowiadałam, że suka jest już adoptowana. Mijały miesiące pełne zapewnień, że "już" za kilka dni sukę owa osoba zabierze. I nadszedł wreszcie ten wymarzony przez Zochę dzień! Przyjechali po nią i Zocha ufna i radosna, pewnie i spokojnie weszła do samochodu. Odetchnęliśmy - nareszcie jej się poszczęściło!. Niestety! Po 2 dniach Zocha znów stanęła przed bramą naszego schroniska - oddali ją, bo "ZA DUŻA "!!!! Zocha ze zwieszoną głową pokornie poszła do swojego boksu. A mnie łzy i wścieklośc odebrały mowę! I czekała, czekała na dom - ale zainteresowania tą piękną suka nie było. Minęło półtora roku od dnia kiedy ją przywieżliśmy, a ona czekała.
Dziś rano zastałam ją martwą w swojej budzie! W jej oczach już nie było blasku nadziei. Odeszła w wilgilijną noc nie doczekawszy się swojego człowieka, który przytuliłby jej wielki łeb, pogłaskał i powiedział: jesteś moja i już żawsze będziesz ze mną.
Zocha umarła - z żalu pękło jej serce!!!!




Nara

sierpień 2009

NARA ODESZŁA!
Ok 14 letnia suka mix ONka uratowana przez nas w ub. roku ze wsi pod Górą Kalwarią. Jakieś bydlę, tylko przez pomyłkę nazwane człowiekim chciało sie pozbyć swojego starego psa - więc najpierw ją powiesił na drucie kolczastym; ale suka długo nie umierała, więc zniecierpliwiony wrzucił ją do studni. "Miłosierni" mieszkańcy wsi zawiadomili policję, PONIEWAŻ WYCIE SUKI PRZESZKADZAŁO IM W NOCY !!!! Wezwani strażacy bali się wejść do studni ze względu na możliwość pogryzienia. Zawiadomiono naszą fundację - Tomasz wyjechał niezwłocznie. Na miejscu zastał straż oraz liczną gawiedż, bo rozrywka we wsi była niezła. Wszedł do studni, po tę nieszczęsna ofiarę. Suka wpiła się czterema łapami w jego klatkę piersiową czując, że to jest ratunek. Tak więc niemal nie używając rąk wyniósł ją na własnej piersi.
Po zbadaniu okazało się, że jest zagłodzona, odwodniona, ma dookoła szyi ropiejącą ranę od drutu, który w klinice wyjęto z rany. W ranie zagnieżdziły się muchy - stąd były tam larwy. Suka miała krwawą biegunkę i panicznie bała się każdego zbliżenia do niej.
Wyleczyliśmy ją i osiągnęliśmy taki stan jej psychiki, że choć nie garnęła się do człowieka i nie oczekiwała pieszczot - to nie reagowała też panicznym lękiem. Niestety ostatnio jej stan stale się pograszał. Chodziła z coraz większym trudem; przy wstawaniu nie mogła unieść zadu, a chodząc nie była w stanie go utrzymać w pionie. Coraż częściej nie wstawała nawet do jedzenia, które trzeba jej było podawć pod pysk. W końcu nie wstawała w ogóle; potrzeby fizjologiczne załatwiała pod siebie. Nie reagowała na swoje imię...
Stary, biedny, umęczony przez człowieka pies - juz nie miał siły żyć !!!
Tylko schylić głowę w pokorze i prosić o wybaczenie za swoje i nie swoje winy!!
NARO - przebacz !!




Newa

sierpień 2009

Ze łzami w oczach chcę poinformować, że NEWA, którą adoptowaliśmy 5.10.2020 roku odeszła od nas dnia 5.08.2020 roku. Newa od samego początku pobytu u nas była bardzo chora. Powiększone serce, chora wątroba a także przewlekły stan zapalny jelit (byłam z nią w maju aż we Wrocławiu na kolonoskopii). Przez cały czas była na specjalnej diecie weterynaryjnej Royal Canin a także na lekarstwach. Były momenty, że wydawało się, że będzie dobrze, ale wątroba nie wytrzymała.

Newa była wspaniała, cierpliwa, kochana, bardzo pojętna, nie sprawiała żadnych problemów. Nawet kilka razy zaszczekała, gdy chciała okazać radość – to było miłe zaskoczenie. Miałam wrażenie jakby była z nami od zawsze.

Depresja, którą miała na początku ustąpiła całkowicie. Jedynie na obcych ludzi patrzyła podejrzliwie. Newę pokochali wszyscy domownicy od pierwszego dnia.

Z wielkim smutkiem dzielę się tą informacją.

Edyta G.




Kastor-Kobo
kwiecień 2009

Witam Pani Krystyno,
Z przykroscią zawiadamiamy, że odszedł nasz kochany piesio Kastorek. Dopadła go choroba pokleszczowa. Mimo, że walczyliśmy o niego cztery doby to nie udało się. Nerki przestały pracować i nasz hasiorek przegrał.
Chcieliśmy z mężem jeszcze raz bardzo Pani podziękować za wspaniałego przyjaciela, który był z nami za krótko, ale wniósł do naszego domu tyle radości. Rozpaczamy teraz za nim bo straciliśmy kogoś naprawdę nam bliskiego.
Z poważaniem
Ania i Krzysiek




Benia-dzidzia



luty 2009





Brenda

luty 2009

Dziś odeszła od nas nasza BRENDA - dobra, spokojna i ujmująca swoją łagodnością i cichością.
Nieublagany nowotwór, którego miała już jak przyszła do nas, niestey zaatakował inne narządy i nastąpił gwałtowny krwotok.
Wezwany lekarz stwierdził zgon
Żegnaj Staruszko i śpij spokojnie.




Kubuś

luty 2009

Pożegnaliśmy stareńkiego Kubusia. Po śmierci swojej pani, oddany przez spadkobierców, trafił do nas chudy, zagłodzoiny i kaleki. Spokojny i bardzo spragniony czułości. Teraz - po pół roku - okazało się, że ma nowotwór prostaty i cierpi. Podjęliśmy decyzję o uśpieniu.
Żegnaj Staruszku - odszukaj swoją panią, która przez wiele lat bardzo cię kochała.




Reksiu

luty 2009

Dziękuje Wszystkim,którzy wspierali Reksa w walce o życie. Przez te 3 tygodnie od kiedy poznałam Reksia zdążyłam go pokochać i jego odejście było strasznym ciosem. Do tej pory nie mogę opanowac łez kiedy myśłe o nim. Chcę wierzyć, że teraz jest mu dobrze, ale czasem mam wątpliwości i zadaję sobie pytanie czy mogłam jeszcze coś zrobić aby go uratować? Chyba na zawsze juz pozostaną wątpliwości..
Żegnaj Przyjacielu... Kiedyś znów się spotkamy

/Ty, Panie tyle czasu masz,
mieszkanie w chmurach i błękicie
A ja na głowie mnóstwo spraw
I na to wszystko jedno życie.
A skoro wszystko lepiej wiesz
Bo patrzysz na nas z lotu ptaka
To powiedz czemu tak mi jest,
że czasem tylko siąśc' i płakać

Ja się nie skarżę na swój los
Potulna jestem jak baranek
I tylko mam nadzieję, że...
że chyba wiesz, co robisz, Panie.
(...)

Nie chcę się skarżyć na swój los
Nie proszę więcej, niż dać możesz
I ciągle mam nadzieję, że...
że chyba wiesz, co robisz, Boże.
(...)/                Magda Czapińska




Ponti

styczeń 2009

Ponti, byłeś wspaniałym psiakiem, tak fajnie było Ci, kiedy drapałam Cię za uszkiem, wtulałeś wtedy swoją wielką mordkę we mnie i patrzyłeś tymi wielkimi, czarnymi ślepkami..
Ciężko wtedy było myśleć, że to Twoje ostatnie chwile po tej stronie, że niedługo wkroczysz do lepszego psiego świata..
Jednak wiem, że tak było dla Ciebie lepiej, zwykłe czynności jak schylenie do miski i napicie się wody sprawiały Ci wielki ból i cierpiałeś..próbowałeś wstać, ale nóżki odmawiały posłuszeństwa...Nie mogliśmy pozwolić Ci na to, byś cierpiał, bardzo, bardzo cierpiał...
Byliśmy z Kajetanem, przy Tobie do ostatniej chwili.. Wybacz, ze nie potrafiliśmy Ci pomóc... Żegnaj, "Maleńki"...




październik 2008

Samir





Wezyr

październik 2008

WEZYR nie żyje.
Odszedł z powodu nowotworu węzlów chłonnych;
Umierałeś wśród ludzi, którzy Cię kochali i nie opuścili w ostatniej godzinie.
ŚPIJ SPOKOJNIE PIESKU !!!




sierpień 2008

Hajduczek





sierpień 2008

Pikuś





sierpień 2008

Trusia





Yoko-Kropka

czerwiec 2008

Warszawa 17-06-2020
Do Pani Krystyny Sroczyńskiej
Droga Pani Krystyno,
Długo zbierałam się, by do Pani napisać. Temat jest dla mnie bardzo trudny.
W naszej ostatniej rozmowie telefonicznej powiedziałam Pani o śmierci Kropki (u Pani nazywała sie Yoko). Obiecałam przesłanie kilku zdjęc, co niniejszym czynię.
Pierwszy raz Kropkę zobaczyliśmy w szpitalu na SGGW. Pojechaliśmy tam obejrzeć postrzelonego psa, dla którego tamtejsi lekarze szukali domu. Okazało sie, że jest to młody haski, pies z dużą potrzeba ruchu – stwierdziliśmy, że nie dla nas. Pan doktor powiedział, że tu jest dużo psów do oddania i że możemy się rozejrzeć.
Kiedy zobaczyliśmy klatkę z Kropką, mój mąż powiedział, że to jest pies o jakim zawsze marzył. Była piekna i do tego bardzo spokojna i tak jakby obojętna, może leniwa…. Leżała w szpitaliku i lizała sobie łapy. Nie zrobiliśmy na niej żadnego wrażenia, ona na nas – ogromne.
Od dawna chcieliśmy wziąć psa, ale wynajmowane mieszkanie w bloku i późne powroty z pracy nam to uniemożliwiały. Teraz od trzech miesięcy mieszkaliśmy w domu pod Warszawą, mieliśmy podwórko i wielką potrzebę dać dom jakiemuś bezdomnemu pieskowi.
Tylko nie mieliśmy pojęcia, że ten piesek będzie taki piękny, cudowny i że w końcu tak bardzo go pokochamy.
Zdecydowaliśmy się od razu. Zaadoptowaliśmy Kropkę i zabraliśmy ją do domu jeszcze w trakcie leczenia. Stwierdziliśmy, że szybciej będzie zdrowiała w domu niż w lecznicy, poza tym mąż bał się, że ktoś nas ubiegnie i zabierze ją.
Na początku swojego pobytu w nowym domu Kropcia była trochę apatyczna, nie
angażowała sie jakby nie traktowała poważnie naszej decyzji, jakby to był kolejny dom przejściowy. Liczyliśmy sie z tym, że będzie potrzebowała czasu na aklimatyzację, w końcu tyle przeszła. Doszło nawet do tego, że trzeciego dnia pobytu u nas, podczas wizyty kontrolnej na SGGW, zaprowadziła nas do swojej dawnej klatki.
Pozwalała sie dotykać, głaskać, przytulać, nie miała z tym problemu. Szybko zaczęła do nas przywiązywac, a my do niej.
Chociaż początki wcale nie były łatwe.
Kropcia miała dysplazję i wstawanie sprawiało jej pewną trudność, goniła naszą kotkę i robiła kupę na posłanie (do tego miała biegunki), zresztą wie Pani o tym, bo dzwoniłam z prośbą o radę. Zdziwiło mnie wtedy, że prosiła mnie Pani, żeby dać jej jeszcze szansę. Przecież ja ani przez chwilę nie pomyślałam, że mogłabym ją oddać. To były problemy - zadania do rozwiązania, a ona była naszym wytęsknionym psem, którego kochaliśmy.
Przeczytaliśmy kilka książek z dziedziny psychologii psów. Okazały się bardzo pomocne, ale w żadnej nie wyjaśniali, dlaczego nasza piesa robi na własne posłanie. Byliśmy stałym bywalcem u pana doktora – Kropcia go uwielbiała, była wyjątkowym pacjentem, pozwalała niemal na wszystko, przytulała sie do niego i nie mogła sie pożegnac.
Wybraliśmy się też po poradę do behawiorysty, w końcu książki dały nam wiele, ale nie odpowiedziały na wszystkie pytania. Pani behaviorystka twierdziła, że to problem medyczny, pan doktor – że behawioralny, a Kropeczka niewiele robiła sobie z tych domysłów, ale tak jakby mimochodem jej stan poprawiał się z tygodnia na tydzien. Teraz witała nas już bardzo wylewnie, aż za bardzo zdaniem specjalistki, przytulała się, bez problemu pozwalała nam wyjeżdżać do pracy samochodem, ale już oddalenie się na nogach bez psa – to był dramat i histeria. Na szczeście rzadko tak wychodziliśmy bez niej.
Syropki, odpowiednia dieta (gotowane w domu jedzenie) i ruch poprawiły stan jej stawów. Wprawdzie nie skakała, ale to w codziennym życiu okazało się dla nas plusem – zamiast obskakiwać na nas na powitanie - przytulała się, nosiła w zębach buty lub zabawki i wydawała cudowne dzwięki radości, takie warczenie – gruchanie. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie słyszeliśmy, byliśmy nią zauroczeni.
Nie przeskakiwała też przez nisko ogrodzone rabatki w ogródku, przez co ocalały nasze kwiatki. Bardzo umiarkowanie kopała, za co też byliśmy wdzięczni.
Kupa na posłaniu zdarzała się już sporadycznie, prawie wcale, a ponieważ była już w formie „brykietu” a nie płynnej mazi, nie było problemu, żeby ją sprzatnać. Zresztą Kropka przestała już kłaśc się na własne odchody, nawet jak zdarzył się jej jakiś „wypadek” na kocyku, po prostu zmieniał miejsce.
Z kotem też został wypracowany kompromis – w domu Kropeczka kota ignorowała, starała się go nie widzieć, a na podwórku zrobiliśmy kocią strefę przy wyjściu z balkonu, gdzie psy nie miały wstępu.
Kropka była psem podwórkowo – domowym. Wymusiła to sytuacja.Żaden pies nie wytrzymałby chyba 8 -10 godzin bez wychodzenia na dwór, a nie można przecież zimą trzymać psa całą noc w ciepłym domu, a rano wyrzucać na mróz. Zapytaliśmy weterynarza o zdanie, a on stwierdził, że z jej włosem nie ma żadnych przeciwwskazan, żeby przebywała na dworze, że może być jej tam nawet lepiej.
Latem nie było problemu, Kropka na początku swego pobytu u nas spała w domu, a kiedy byliśmy w pracy „werandowała” na tarasie. Kiedy jednak nadeszła jesień zaczeliśmy przyzwyczajać ją do budy. Najpierw wstawialiśmy jej tam jedzenie – ale madrala wchodziła, brała miske w zęby i wystawiała sobie na zewnątrz. Dopiero pochwały i pieszczoty zadziałały. Za wejście do budy – 10 minut głaskania, drapkowania i oczywiście chwalenia. Doszło do tego, że kiedy za radą pani behawiorystki postanowiliśmy nie witać się z psem bezpośrednio po powrocie do domu (żeby osłabić jej lęk przed rozstaniami), ona chwilę patrzyła co się dzieje, a potem wskakiwała do budy i czekała na swoje pieszczoty. Nie można było się temu oprzeć i daliśmy sobie spokój z tego typu zasadami. A póznym wieczorem zawsze czekała na kołderce pod drzwiami, aż odprowadzę ją do budy i pogłaszcze. To był taki nasz rytuał – odprowadzenie pieska do łóżka, gdzie oprócz siana musiała być jej poduszka i pluszaki. Bo pluszaki uwielbiała. Mimo że miała ich kilka, potrafiła wykraśc jakies jeszcze z regału.
Cudownym przeżyciem było też karmienie jej zimą.
Dostawała jedzenie dwa razy dziennie: rano przed wyjściem do pracy (7:30) i wieczorem, po spacerze.
Kidy rano przynosiłam jej miskę, uchylałam zimową kotarkę i głaskałam, a ona przez sen się do mnie tak jakoś uśmiechała, budziła się i zabierała do jedzenia. Potem widać była jak wypycha miske nosem na zewnątrz. I spała dalej, w końcu nie musiała rano wstawac. Kiedy braliśmy Kropkę mieliśmy ambicje, żeby była szcześliwym, ale PSEM.
Tylko że z biegiem czasu ona coraz mniej była psem, a wiecej kimś w rodzaju dziecka.
Może to dlatego, że była taka słodka „pierdułka”, o którą trzeba było się tak troszczyć, dbać, żeby kładła się na kołderkę a nie na beton (dysplazja i ryzyko reumatyzmu), czyścić i zakraplać jej oczy (skłonność do zapalenia spojówek), myć jej brzuch (chyba nie dosięgała tam językiem, lizała tylko przednie łapy, początkowo nawet nerwowo), pilnować żeby na spacerze w lesie nie zjadała wszystkiego, co znalazła (pozostałośc po szukaniu pożywienia w bezdomności + wrażliwe jelita + dusza „psa – wąchacza”).
Kropka była bardzo przyjaźnie nastawiona do ludzi i psów. Każdy był jej przyjacielem, a każdego obszczekującego ja burka witał merdając przyjaźnie ogonem. Nie było osoby, która nie uległaby jej urokowi.
W lutym podczas spaceru znaleźliśmy na śniegu chorego, zabiedzonego i zagłodzonego psa. Po różnych perturbacjach, które nie są tu ważne, pies w końcu został u nas.
Został wyleczony i odkarmiony. Początkowo, ze względu na chorobę nowego, psy były od siebie izolowane, widywały się tylko w pewnej odległości. Na początku marca biegały już razem.
Kropcia była zachwycona. Jej nowy towarzysz – Chudi okazał się całkiem zgrabnym rodwailerowatym mieszańcem, nadzwyczaj łagodnym i ugodowym. Od razu przyjał pozycję psa nr 2, zaakceptował, że to Kropka jest księżniczką, że ona była tu pierwsza i ustepował jej na każdym kroku. Za to bawili się jak szaleni.
Kropka dopiero teraz wygladała na szcześliwą. I my się z tego bardzo cieszyliśmy. Już nie leżała na całymi dniami na posłaniu przy drzwiach czekając, aż wrócimy z pracy, nie snuła się znudzona po ogrodzie. Ganiała się z Chudim po podwórku, powalała go na ziemię, potem on ją, razem zaczęli szczekać na inne psy, no i nie „płakała” już kiedy wychodziliśmy do sąsiadów. Psy uczyły się od siebie wzajemnie.
Chudi nauczył ją, że obszczekiwanie przechodniów może byc niezła zabawą, że jak szczekają na ciebie psy sąsiadów, to trzeba też im nawymyślać, a nie odchodzić z podkulonym ogonem, że jak ludzie wychodzą, to jeszcze nie tragedia, trzeba poczekać, to wrócą.
Kropcia z kolei pokazywała mu swoją postawą, że nie ma co bać się kija, szczotki czy podniesionego głosu.
No i psy zaczeły śpiewać jak słuchać było syrene karetki. Tak na dwa głosy, Chudi wysoko, cienko, Kropcia niżej, bardziej stonowanie.
Na początku oczywiście była trochę zazdrosna, zabierała zabawki, zaczęła pilnować jedzenia i jeśc łapczywie, co wcześniej się jej nie zdarzało, ale szybko przekonała się, że Chudi, mimo że dużo sprawniejszy od niej, nie chce podgryźć jej pozycji (przynajmniej na razie), a my też do tego nie dążymy. Zawsze była pierwsza głaskana , pierwsza dostawała miskę, jej dzienne posłanie było bliżej drzwi, no i pilnowaliśmy, żeby psy nie kradły sobie jedzenia. Poza tym Kropeczka wchodziła do domu, czego to Nowy mający prawdopodobnie łancuchową przeszłość bardzo się bał, a my nie zachęcaliśmy go do tego specjalnie dając mu czas na pozbycie się leków.
Kropcia była u nas za krótko. Tylko 9 miesięcy. Miała około 3 lat. To nie jest czas na umieranie. Nie jeśtesmy przygotowani na taką stratę. Nie przewidzieliśmy takiego scenariusza. Zdażyliśmy się dograć, bardzo pokochać, wiele problemów się rozwiazało, a inne zaakceptowaliśmy takimi jakie sa zdając się na czas i teraz mogło byc już tylko dobrze, szczęśliwie. Strasznie nam jej brakuje i nie możemy pogodzic się z tym, że jej już nie ma z nami. Może inaczej byśmy do tego podeszli, gdyby przeżyła z nami kilkanaście lat, albo zabrała ją nam jakaś choroba typu złośliwy, nieuleczalny nowotwór, . Ale nie głupi kleszcz!
Kropka była zabezpieczone antykleszczowo obrożą Kiltix firmy Bayer. Nosiła ja 1,5 miesiąca (miała być skuteczna przez 6 miesięcy, a na pewno przez 4-5). Polecił ją nam i sprzedał lekarz weterynarii, a producent na swojej stronie zachwala, że to najskuteczniejszy środek kleszczobójczy, że jest pewny i skuteczny, że owszem, sporadycznie kleszcze może się przyczepic, ale nie żeruje, a wiec i nie zaraża babeszjoza….. Przecież to sa kłamstwa. Dlaczego nikt nas nie uprzedził, że to tylko środek odstraszajacy, że połowa kleszczy nic sobie z tego nie robi. Dlaczego nie ma tego w ulotce i dlaczego lekarze sprzedając coś takiego nie uprzedzają, że to nie do końca działa. Jak można tak igrać czyimś życiem. Kropka była dużym psem z gęstym futrem, szukanie u niej kleszcza przed opiciem było bardzo trudne.
W piątek 29-go maja Kropka rano nie chciała jeśc, mimo że poprzedniego dnia bawiła się i nie wygladała na chora. Zostawiłam ja w domu z jedzeniem i piciem i pojechałam do pracy. Koło południa zadzwoniłam do lekarza, poradził, żeby po powrocie do domu zmierzyć jej temperaturę. Tylko, że kiedy wróciłam po południu, Kropka nie miał siły wstać i miała już żółtaczkę. Natychmiast pojechaliśmy do lecznicy. Lekarz był zaskoczony tempem rozwoju choroby. Dostała zastrzyki na babeszjozę, leki osłonowe, kroplówki, zrobiliśmy badanie krwi. Na drugi dzień od rana – kroplówki, transfuzja krwi, leki osłonowe i powtórka badan. W niedziele również. Walczyliśmy o nią do końca. Nie mogliśmy uwierzyc, że to się może stać, wiem jak wygląda babeszjoza, przecież sa na nią leki, przecież Kropka była zabezpieczona, leczona, czuwaliśmy przy niej, wypełnialiśmy wszystkie zalecenia lekarza.
W niedzielę było przesilenie. Późnym popołudniem lekarz powiedział, że jej stan ustabilizował się, że musi być cały czas pod kroplówka, ale że możemy zabrać ja na noc do domu. Umówiliśmy się następnego dnia na rano, którego to Kropeczka już nie doczekała.
Umarła trzeciego dnia choroby, w niedzielę wieczorem 1-go czerwca, w Dzień Dziecka.
A my do tej pory nie możemy się z tym pogodzić i nie możemy w to uwierzyć. Robiliśmy wszystko, żeby była z nami jak najdłużej, na pewno dużo dłużej niż te 9 miesięcy. Mieliśmy tyle planów z nia zwiazanych. To lato miało byc dla nas, dzień jest dłuższy, ciepło, wiecej czasu. Mieliśmy jeździć nad wodę, bo pływanie bardzo dobrze robi na stawy, a ona uwielbiała wode. Mieliśmy nadzieje, że Chudiemu też się spodoba...
Jak mogliśmy przegapić kleszcze. Znam kilka psów, które przechodziły babeszjozę (Kropka też miała ją zima) ale żaden nie umarł, przecież są na to leki, wystarczy tylko nie czekać, aż samo przejdzie i pojechać do lekarza.
Dlaczego więc nasza Kropka nie żyje. Mam straszny żal, głównie chyba do siebie, że coś przegapiłam, nie ochroniliśmy jej wystarczająco, uwierzyłam lekarzom i producentom, że ją zawiodłam, a ona tak bardzo mi ufała i powierzyła mi całą siebie. Strasznie mi jej brakuje. Chudi też nie wie co ze sobą zrobić. Oczywiście Pani Krystyno, że go nie oddamy, on również jest członkiem naszej rodziny, ale nie jest w stanie zastąpić nam Kropki.
Bardzo Pani dziekuję, że nam ją Pani powierzyła, że ją Pani razem z innymi osobami uratowała ze schroniska w Sieradzu .
Wiem, że ma Pani wiele psów pod swoją opieką i wielkie dramaty. Robi Pani fantastyczne rzeczy, walczy, a ja nie mogę się pozbierać po stracie Kropki.
Najgorsze jest to, że to co się stało nie moge cofnąc. Niezależnie od tego, co bym nie zrobiła, nic się nie zmienia i nikt nie chce mi oddać mojej Malutkiej.
Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz dziekuję za wszystko.
Jola A.




Bella-Fela

marzec 2008

Pani Krystyno,
Felusi już nie ma z nami...odeszła 28 marca o 14,35...
mięsak z przerzutami... tak pusto bez Felusi...
Pamięta Pani? obiecaliśmy jej że pojedzie nad morze...
pojechała ...
ale odeszła za szybko, miejsce nad morzem nadal na Nią czeka...
M ,K S.