|
|
|
|
POŻEGNANIA
Krysiu,
Tobie dedykuję tłumaczenie tego opowiadania, żebyś nigdy nie wątpiła w sens tego co robisz.
Dorota
TĘCZOWY MOST I URATOWANE ZWIERZĘTA
Tego dnia, inaczej niż zazwyczaj przy Tęczowym Moście, ranek budził się chłodny i pochmurny, wilgotny jak moczar i ponury jak smutek. Nikt z niedawno przybyłych nie wiedział, co o tym sądzić, bo nigdy przedtem nie widzieli tutaj takiego dnia. Ale zwierzęta, które czekały tu na swojego człowieka wystarczająco długo, dobrze wiedziały, co się dzieje i zaczęły zbierać się na ścieżce prowadzącej do Tęczowego Mostu, żeby dobrze widzieć. Za chwilę oczom ich ukazał się pies-staruszek ze spuszczoną nisko głową i zwisającym bezwładnie ogonem.
Zwierzęta, które przebywały tutaj już jakiś czas, od razu wiedziały, jaki los spotkał biedaczka, gdyż nazbyt często dane im było widywać podobnych nieszczęśników. Staruszek podszedł wolno, a w jego oczach malował się ból, chociaż na jego ciele nie widać było żadnych ran ani choroby. Inaczej niż pozostałym zwierzętom czekającym przy Tęczowym Moście, jemu nie została przywrócona młodość ani zdrowie. Kiedy tak szedł w stronę Mostu, patrzył na przyglądające mu się inne zwierzęta. Wiedział, że nie pasuje do nich i że im prędzej przejdzie na drugą stronę, tym szybciej będzie szczęśliwy. Ale niestety, kiedy dotarł do Mostu, drogę zastąpił mu Anioł, który przepraszając oznajmił mu, że nie będzie mógł przejść.
Przez Tęczowy Most mogą przejść tylko te zwierzęta, które przyjdą tam ze swoim własnym człowiekiem. Nie mając się gdzie podziać, staruszek zawrócił i powlókł się w kierunku pól nieopodal Mostu. Ujrzał tam grupkę zwierząt takich jak on sam – starych i zniedołężniałych. Nie bawiły się ze sobą, lecz leżały tylko w milczeniu na trawie, ze smutkiem wpatrując się w ścieżkę wiodącą do Mostu. Dołączył więc do nich, patrząc na ścieżkę i czekając.
Jedno z niedawno przybyłych tu zwierząt, nie rozumiejąc, co się stało, poprosiło inne, które przebywało tutaj już jakiś czas, o wyjaśnienie zagadkowej sytuacji. „Widzisz, ten biedaczek to uratowany zwierzak. Zabrali go do przytuliska w takim stanie, jak go widzisz teraz i tam umarł posiwiały, z zamglonym wzrokiem. Nigdy nie opuścił przytuliska i odszedł z tamtego świata kochany tylko przez swojego wybawcę. Ponieważ nie miał żadnej rodziny, którą mógł obdarzyć miłością, nie ma nikogo, kto przeprowadziłby go przez Most.”
Niedawny przybysz pomyślał chwilę, a potem zapytał: „To co z nim teraz będzie?”. I kiedy już miał usłyszeć odpowiedź, chmury nagle rozproszyły się, a mrok ustąpił. Do Tęczowego Mostu zbliżał się samotny człowiek, a wśród starszych zwierząt zapanowało poruszenie. Nagle całą ich grupkę otoczył złoty blask i znów były młode i zdrowe, jak za swoich najlepszych lat. „Patrz teraz”, powiedziało drugie zwierzę. Niektóre z przyglądających się dotąd zwierząt podeszły do ścieżki, kłaniając się nisko zbliżającemu się człowiekowi. A człowiek zatrzymywał się przy każdym pochylonym przed nim zwierzęciu, głaszcząc go po głowie i drapiąc za uszami. Zwierzęta, które dopiero co odzyskały młody wygląd, ustawiły się rzędem i podążały za nim w stronę Mostu. A potem wszyscy razem przeszli przez Tęczowy Most. „Co się stało?”, zapytał nowoprzybyły. “To był wybawca. Zwierzęta, które z szacunkiem chyliły przed nim głowy, to te, które dzięki niemu znalazły nowe domy. One przejdą przed Most, gdy dołączą do nich ich rodziny. Te, które widziałeś, jak odzyskują młodość, to zwierzęta, które nigdy nie znalazły domów. Kiedy przybywa wybawca, wolno mu ostatni raz dokonać aktu wybawienia i przeprowadzić przez Tęczowy Most zwierzęta, dla których nie udało mu się znaleźć domu na ziemi”.
„Podobają mi się ci wybawcy”, powiedziało pierwsze zwierzę.
„Bogu też się podobają”, usłyszał w odpowiedzi.
NIEKTÓRZY MAJĄ SWOJE ŻYCIE, INNI MAJĄ SWOJE ZWIERZĘTA.
(autor nieznany)
(tłumaczenie z jęz. angielskiego: Dorota Wiland)
sierpień 2010
Ze smutkiem donosimy, iż Paria odeszła nagle w pt wieczorem. Nie wiemy dokładnie co jej było. Przeżyliśmy szok i ogromny żal w związku z jej śmiercią. Odeszła za wcześnie... Dopiero niedawno, po prawie 2 latach, nauczyła się odprężać, na spacerach prawie w ogóle się nie bała... Była strasznie radosną sunią, której wszędzie było pełno... Bardzo nam jej brakuje. Pocieszamy się tym, że przez te 2 lata miała wszystko czego potrzebowała: ogród, rodzinę, psich przyjaciół, las.
Pochowaliśmy ją w ogrodzie pod orzechem.
styczeń 2010
Adoptowana od nas w 2007 roku CZACZA nie żyje. Odeszła z powodu przerzutów nowotworu. Przeżyłaś trzy szczęśliwe lata wsród kochających ludzi. Twoje dni dobiegły końca. Żegnaj!
grudzień 2009
W wigilijną noc odeszła ZOCHA
ZOCHA była piekną bernardynką odebraną od alkoholików spod Łodzi. Od
szczeniaka trzymali ją w klatce pełnej śmieci i jej właśnych
odchodów; żywili tak jak swoje świnie; suka przetrwała dzięki sąsiadce,
która ją dokarmiała i powiadomiła fundację. Zabraliśmy ją chorą, w stanie
zagłodzenia, brudną i zaatakowaną przez wszystkie możliwe pasożyty z
tasiemcem włącznie. Wyleczyliśmy, Zocha wypiękniała. Została
wysterylizowana i miała zoperowane oczy. Była z nami i czekała na
dom. Pojawiła się kobieta, która twierdziła, że jest w niej zakochana i że -
pragnie Zochę i tylko Zochę adoptować; mówiła, że z zabraniem suki musi
poczekać, bo sprawy osobiste, mieszkanie etc. etc. A Zocha czekała i zza
ogrodzenia boksu wypatrywała " swojej pańci'. W międzyczasie inni ludzie
byli zainteresowani jej adopcją, ale ja zobowiązana przyrzeczeniem
odpowiadałam, że suka jest już adoptowana. Mijały miesiące pełne zapewnień,
że "już" za kilka dni sukę owa osoba zabierze. I nadszedł wreszcie ten
wymarzony przez Zochę dzień! Przyjechali po nią i Zocha ufna i radosna, pewnie i spokojnie weszła do samochodu. Odetchnęliśmy - nareszcie jej się poszczęściło!. Niestety! Po 2 dniach Zocha znów stanęła przed bramą naszego schroniska - oddali ją, bo "ZA DUŻA "!!!! Zocha ze zwieszoną głową pokornie poszła do swojego boksu. A mnie łzy i wścieklośc odebrały mowę! I czekała, czekała na dom - ale zainteresowania tą piękną suka nie było. Minęło półtora roku od dnia kiedy ją przywieżliśmy, a ona czekała.
Dziś rano zastałam ją martwą w swojej budzie! W jej oczach już nie było
blasku nadziei. Odeszła w wilgilijną noc nie doczekawszy się swojego człowieka, który przytuliłby jej wielki łeb, pogłaskał i powiedział: jesteś moja i już żawsze będziesz ze mną.
Zocha umarła - z żalu pękło jej serce!!!!
sierpień 2009
NARA ODESZŁA!
Ok 14 letnia suka mix ONka uratowana przez nas w ub. roku ze wsi pod Górą
Kalwarią.
Jakieś bydlę, tylko przez pomyłkę nazwane człowiekim chciało sie pozbyć
swojego starego psa - więc najpierw ją powiesił na drucie kolczastym; ale
suka długo nie umierała, więc zniecierpliwiony wrzucił ją do
studni. "Miłosierni" mieszkańcy wsi zawiadomili policję, PONIEWAŻ WYCIE SUKI
PRZESZKADZAŁO IM W NOCY !!!! Wezwani strażacy bali się wejść do studni ze
względu na możliwość pogryzienia. Zawiadomiono naszą fundację - Tomasz
wyjechał niezwłocznie. Na miejscu zastał straż oraz liczną gawiedż, bo
rozrywka we wsi była niezła. Wszedł do studni, po tę nieszczęsna ofiarę. Suka
wpiła się czterema łapami w jego klatkę piersiową czując, że to jest ratunek.
Tak więc niemal nie używając rąk wyniósł ją na własnej piersi.
Po zbadaniu okazało się, że jest zagłodzona, odwodniona, ma dookoła szyi
ropiejącą ranę od drutu, który w klinice wyjęto z rany. W ranie zagnieżdziły
się muchy - stąd były tam larwy. Suka miała krwawą biegunkę i panicznie bała
się każdego zbliżenia do niej.
Wyleczyliśmy ją i osiągnęliśmy taki stan jej psychiki, że choć nie
garnęła się do człowieka i nie oczekiwała pieszczot - to nie reagowała też
panicznym lękiem. Niestety ostatnio jej stan stale się pograszał. Chodziła z
coraz większym trudem; przy wstawaniu nie mogła unieść zadu, a chodząc nie
była w stanie go utrzymać w pionie. Coraż częściej nie wstawała nawet do
jedzenia, które trzeba jej było podawć pod pysk. W końcu nie wstawała w
ogóle; potrzeby fizjologiczne załatwiała pod siebie. Nie reagowała na swoje
imię...
Stary, biedny, umęczony przez człowieka pies - juz nie miał siły żyć !!!
Tylko schylić głowę w pokorze i prosić o wybaczenie za swoje i nie swoje winy!!
NARO - przebacz !!
sierpień 2009
Ze łzami w oczach chcę poinformować, że NEWA, którą adoptowaliśmy
5.10.2008 roku odeszła od nas dnia 5.08.2009 roku. Newa od samego
początku pobytu u nas była bardzo chora. Powiększone serce, chora
wątroba a także przewlekły stan zapalny jelit (byłam z nią w maju aż we
Wrocławiu na kolonoskopii). Przez cały czas była na specjalnej diecie
weterynaryjnej Royal Canin a także na lekarstwach. Były momenty, że
wydawało się, że będzie dobrze, ale wątroba nie wytrzymała.
Newa była wspaniała, cierpliwa, kochana, bardzo pojętna, nie sprawiała
żadnych problemów. Nawet kilka razy zaszczekała, gdy chciała okazać
radość – to było miłe zaskoczenie. Miałam wrażenie jakby była z nami od
zawsze.
Depresja, którą miała na początku ustąpiła całkowicie. Jedynie na obcych
ludzi patrzyła podejrzliwie. Newę pokochali wszyscy domownicy od
pierwszego dnia.
Z wielkim smutkiem dzielę się tą informacją.
Edyta G.
kwiecień 2009
Witam Pani Krystyno,
Z przykroscią zawiadamiamy, że odszedł nasz kochany piesio Kastorek. Dopadła
go choroba pokleszczowa. Mimo, że walczyliśmy o niego cztery doby to nie
udało się. Nerki przestały pracować i nasz hasiorek przegrał.
Chcieliśmy z mężem jeszcze raz bardzo Pani podziękować za wspaniałego przyjaciela, który był z nami za krótko, ale wniósł do naszego domu tyle radości. Rozpaczamy teraz za nim bo straciliśmy kogoś naprawdę nam bliskiego.
Z poważaniem
Ania i Krzysiek
Benia-dzidzia
luty 2009
luty 2009
Dziś odeszła od nas nasza BRENDA - dobra, spokojna i ujmująca swoją
łagodnością i cichością.
Nieublagany nowotwór, którego miała już jak przyszła do nas, niestey
zaatakował inne narządy i nastąpił gwałtowny krwotok.
Wezwany lekarz stwierdził zgon
Żegnaj Staruszko i śpij spokojnie.
luty 2009
Pożegnaliśmy stareńkiego Kubusia. Po śmierci swojej pani, oddany
przez spadkobierców, trafił do nas chudy, zagłodzoiny i kaleki. Spokojny i
bardzo spragniony czułości. Teraz - po pół roku - okazało się, że ma nowotwór prostaty i cierpi. Podjęliśmy decyzję o uśpieniu.
Żegnaj Staruszku - odszukaj swoją panią, która przez wiele lat bardzo cię kochała.
Reksiu
luty 2009
Dziękuje Wszystkim,którzy wspierali Reksa w walce o życie.
Przez te 3 tygodnie od kiedy poznałam Reksia zdążyłam go pokochać i jego
odejście było strasznym ciosem. Do tej pory nie mogę opanowac łez kiedy
myśłe o nim. Chcę wierzyć, że teraz jest mu dobrze, ale czasem mam
wątpliwości i zadaję sobie pytanie czy mogłam jeszcze coś zrobić aby go
uratować? Chyba na zawsze juz pozostaną wątpliwości..
Żegnaj Przyjacielu... Kiedyś znów się spotkamy
/Ty, Panie tyle czasu masz,
mieszkanie w chmurach i błękicie
A ja na głowie mnóstwo spraw
I na to wszystko jedno życie.
A skoro wszystko lepiej wiesz
Bo patrzysz na nas z lotu ptaka
To powiedz czemu tak mi jest,
że czasem tylko siąśc' i płakać
Ja się nie skarżę na swój los
Potulna jestem jak baranek
I tylko mam nadzieję, że...
że chyba wiesz, co robisz, Panie.
(...)
Nie chcę się skarżyć na swój los
Nie proszę więcej, niż dać możesz
I ciągle mam nadzieję, że...
że chyba wiesz, co robisz, Boże.
(...)/
Magda Czapińska
Ponti
styczeń 2009
Ponti, byłeś wspaniałym psiakiem, tak fajnie było Ci, kiedy drapałam Cię za uszkiem, wtulałeś wtedy swoją wielką mordkę we mnie i patrzyłeś tymi wielkimi, czarnymi ślepkami..
Ciężko wtedy było myśleć, że to Twoje ostatnie chwile po tej stronie, że niedługo wkroczysz do lepszego psiego świata..
Jednak wiem, że tak było dla Ciebie lepiej, zwykłe czynności jak schylenie do miski i napicie się wody sprawiały Ci wielki ból i cierpiałeś..próbowałeś wstać, ale nóżki odmawiały posłuszeństwa...Nie mogliśmy pozwolić Ci na to, byś cierpiał, bardzo, bardzo cierpiał...
Byliśmy z Kajetanem, przy Tobie do ostatniej chwili..
Wybacz, ze nie potrafiliśmy Ci pomóc...
Żegnaj, "Maleńki"...
Samir
październik 2008
Wezyr
październik 2008
WEZYR nie żyje.
Odszedł z powodu nowotworu węzlów chłonnych;
Umierałeś wśród ludzi, którzy Cię kochali i nie opuścili w ostatniej godzinie.
ŚPIJ SPOKOJNIE PIESKU !!!
Hajduczek
sierpień 2008
Pikuś
sierpień 2008
Trusia
sierpień 2008
Yoko-Kropka
czerwiec 2008
Warszawa 17-06-2008
Do Pani Krystyny Sroczyńskiej
Droga Pani Krystyno,
Długo zbierałam się, by do Pani napisać. Temat jest dla mnie bardzo trudny.
W naszej ostatniej rozmowie telefonicznej powiedziałam Pani o śmierci Kropki (u Pani
nazywała sie Yoko). Obiecałam przesłanie kilku zdjęc, co niniejszym czynię.
Pierwszy raz Kropkę zobaczyliśmy w szpitalu na SGGW. Pojechaliśmy tam obejrzeć
postrzelonego psa, dla którego tamtejsi lekarze szukali domu. Okazało sie, że jest to młody
haski, pies z dużą potrzeba ruchu – stwierdziliśmy, że nie dla nas. Pan doktor powiedział, że
tu jest dużo psów do oddania i że możemy się rozejrzeć.
Kiedy zobaczyliśmy klatkę z Kropką, mój mąż powiedział, że to jest pies o jakim zawsze
marzył. Była piekna i do tego bardzo spokojna i tak jakby obojętna, może
leniwa…. Leżała w
szpitaliku i lizała sobie łapy. Nie zrobiliśmy na niej żadnego wrażenia, ona na nas – ogromne.
Od dawna chcieliśmy wziąć psa, ale wynajmowane mieszkanie w bloku i późne powroty z
pracy nam to uniemożliwiały. Teraz od trzech miesięcy mieszkaliśmy w domu pod
Warszawą, mieliśmy podwórko i wielką potrzebę dać dom jakiemuś bezdomnemu pieskowi.
Tylko nie mieliśmy pojęcia, że ten piesek będzie taki piękny, cudowny i że w końcu tak
bardzo go pokochamy.
Zdecydowaliśmy się od razu. Zaadoptowaliśmy Kropkę i zabraliśmy ją do domu jeszcze w
trakcie leczenia. Stwierdziliśmy, że szybciej będzie zdrowiała w domu niż w lecznicy, poza
tym mąż bał się, że ktoś nas ubiegnie i zabierze ją.
Na początku swojego pobytu w nowym domu Kropcia była trochę apatyczna, nie
angażowała sie jakby nie traktowała poważnie naszej decyzji, jakby to był kolejny dom
przejściowy. Liczyliśmy sie z tym, że będzie potrzebowała czasu na aklimatyzację, w końcu
tyle przeszła. Doszło nawet do tego, że trzeciego dnia pobytu u nas, podczas wizyty
kontrolnej na SGGW, zaprowadziła nas do swojej dawnej klatki.
Pozwalała sie dotykać, głaskać, przytulać, nie miała z tym problemu. Szybko zaczęła do nas
przywiązywac, a my do niej.
Chociaż początki wcale nie były łatwe.
Kropcia miała dysplazję i wstawanie sprawiało jej pewną trudność, goniła
naszą kotkę i robiła kupę na posłanie (do tego miała biegunki), zresztą wie
Pani o tym, bo dzwoniłam z prośbą o radę. Zdziwiło mnie wtedy, że prosiła mnie Pani, żeby dać jej jeszcze
szansę. Przecież ja ani przez chwilę nie pomyślałam, że mogłabym ją oddać. To były
problemy - zadania do rozwiązania, a ona była naszym wytęsknionym psem, którego
kochaliśmy.
Przeczytaliśmy kilka książek z dziedziny psychologii psów. Okazały się bardzo pomocne, ale
w żadnej nie wyjaśniali, dlaczego nasza piesa robi na własne posłanie. Byliśmy stałym
bywalcem u pana doktora – Kropcia go uwielbiała, była wyjątkowym pacjentem, pozwalała
niemal na wszystko, przytulała sie do niego i nie mogła sie pożegnac.
Wybraliśmy się też po poradę do behawiorysty, w końcu książki dały nam wiele, ale nie
odpowiedziały na wszystkie pytania. Pani behaviorystka twierdziła, że to problem medyczny,
pan doktor – że behawioralny, a Kropeczka niewiele robiła sobie z tych domysłów, ale tak
jakby mimochodem jej stan poprawiał się z tygodnia na tydzien.
Teraz witała nas już bardzo wylewnie, aż za bardzo zdaniem specjalistki, przytulała
się, bez problemu pozwalała nam wyjeżdżać do pracy samochodem, ale już oddalenie się na
nogach bez psa – to był dramat i histeria. Na szczeście rzadko tak wychodziliśmy bez niej.
Syropki, odpowiednia dieta (gotowane w domu jedzenie) i ruch poprawiły stan jej stawów.
Wprawdzie nie skakała, ale to w codziennym życiu okazało się dla nas plusem – zamiast
obskakiwać na nas na powitanie - przytulała się, nosiła w zębach buty lub zabawki i
wydawała cudowne dzwięki radości, takie warczenie – gruchanie. Nigdy wcześniej czegoś
takiego nie słyszeliśmy, byliśmy nią zauroczeni.
Nie przeskakiwała też przez nisko ogrodzone rabatki w ogródku, przez co ocalały nasze
kwiatki. Bardzo umiarkowanie kopała, za co też byliśmy wdzięczni.
Kupa na posłaniu zdarzała się już sporadycznie, prawie wcale, a ponieważ była już w formie
„brykietu” a nie płynnej mazi, nie było problemu, żeby ją sprzatnać. Zresztą Kropka przestała
już kłaśc się na własne odchody, nawet jak zdarzył się jej jakiś „wypadek” na kocyku, po
prostu zmieniał miejsce.
Z kotem też został wypracowany kompromis – w domu Kropeczka kota ignorowała, starała
się go nie widzieć, a na podwórku zrobiliśmy kocią strefę przy wyjściu z balkonu, gdzie psy
nie miały wstępu.
Kropka była psem podwórkowo – domowym. Wymusiła to sytuacja.Żaden pies nie
wytrzymałby chyba 8 -10 godzin bez wychodzenia na dwór, a nie można przecież zimą
trzymać psa całą noc w ciepłym domu, a rano wyrzucać na mróz. Zapytaliśmy weterynarza o
zdanie, a on stwierdził, że z jej włosem nie ma żadnych przeciwwskazan, żeby przebywała na
dworze, że może być jej tam nawet lepiej.
Latem nie było problemu, Kropka na początku swego pobytu u nas spała w domu, a kiedy
byliśmy w pracy „werandowała” na tarasie. Kiedy jednak nadeszła jesień zaczeliśmy
przyzwyczajać ją do budy. Najpierw wstawialiśmy jej tam jedzenie – ale madrala wchodziła,
brała miske w zęby i wystawiała sobie na zewnątrz. Dopiero pochwały i pieszczoty
zadziałały. Za wejście do budy – 10 minut głaskania, drapkowania i oczywiście chwalenia.
Doszło do tego, że kiedy za radą pani behawiorystki postanowiliśmy nie witać się z psem
bezpośrednio po powrocie do domu (żeby osłabić jej lęk przed rozstaniami), ona chwilę
patrzyła co się dzieje, a potem wskakiwała do budy i czekała na swoje pieszczoty.
Nie można było się temu oprzeć i daliśmy sobie spokój z tego typu zasadami.
A póznym wieczorem zawsze czekała na kołderce pod drzwiami, aż odprowadzę ją do budy i
pogłaszcze. To był taki nasz rytuał – odprowadzenie pieska do łóżka, gdzie oprócz siana
musiała być jej poduszka i pluszaki. Bo pluszaki uwielbiała. Mimo że miała ich kilka,
potrafiła wykraśc jakies jeszcze z regału.
Cudownym przeżyciem było też karmienie jej zimą.
Dostawała jedzenie dwa razy dziennie: rano przed wyjściem do pracy (7:30) i wieczorem, po
spacerze.
Kidy rano przynosiłam jej miskę, uchylałam zimową kotarkę i głaskałam, a ona przez sen się
do mnie tak jakoś uśmiechała, budziła się i zabierała do jedzenia. Potem widać była jak
wypycha miske nosem na zewnątrz. I spała dalej, w końcu nie musiała rano wstawac.
Kiedy braliśmy Kropkę mieliśmy ambicje, żeby była szcześliwym, ale PSEM.
Tylko że z biegiem czasu ona coraz mniej była psem, a wiecej kimś w rodzaju dziecka.
Może to dlatego, że była taka słodka „pierdułka”, o którą trzeba było się tak troszczyć, dbać,
żeby kładła się na kołderkę a nie na beton (dysplazja i ryzyko reumatyzmu), czyścić i
zakraplać jej oczy (skłonność do zapalenia spojówek), myć jej brzuch (chyba nie dosięgała
tam językiem, lizała tylko przednie łapy, początkowo nawet nerwowo), pilnować żeby na
spacerze w lesie nie zjadała wszystkiego, co znalazła (pozostałośc po szukaniu pożywienia w
bezdomności + wrażliwe jelita + dusza „psa – wąchacza”).
Kropka była bardzo przyjaźnie nastawiona do ludzi i psów. Każdy był jej
przyjacielem, a każdego obszczekującego ja burka witał merdając przyjaźnie ogonem. Nie
było osoby, która nie uległaby jej urokowi.
W lutym podczas spaceru znaleźliśmy na śniegu chorego, zabiedzonego i
zagłodzonego psa. Po różnych perturbacjach, które nie są tu ważne, pies w końcu został u nas.
Został wyleczony i odkarmiony. Początkowo, ze względu na chorobę nowego, psy były od
siebie izolowane, widywały się tylko w pewnej odległości. Na początku marca biegały już
razem.
Kropcia była zachwycona. Jej nowy towarzysz – Chudi okazał się całkiem zgrabnym
rodwailerowatym mieszańcem, nadzwyczaj łagodnym i ugodowym. Od razu przyjał pozycję
psa nr 2, zaakceptował, że to Kropka jest księżniczką, że ona była tu pierwsza i ustepował jej
na każdym kroku. Za to bawili się jak szaleni.
Kropka dopiero teraz wygladała na szcześliwą. I my się z tego bardzo cieszyliśmy. Już nie
leżała na całymi dniami na posłaniu przy drzwiach czekając, aż wrócimy z pracy, nie snuła się
znudzona po ogrodzie. Ganiała się z Chudim po podwórku, powalała go na ziemię, potem on
ją, razem zaczęli szczekać na inne psy, no i nie „płakała” już kiedy wychodziliśmy do
sąsiadów. Psy uczyły się od siebie wzajemnie.
Chudi nauczył ją, że obszczekiwanie przechodniów może byc niezła zabawą, że jak szczekają
na ciebie psy sąsiadów, to trzeba też im nawymyślać, a nie odchodzić z podkulonym ogonem,
że jak ludzie wychodzą, to jeszcze nie tragedia, trzeba poczekać, to wrócą.
Kropcia z kolei pokazywała mu swoją postawą, że nie ma co bać się kija, szczotki czy
podniesionego głosu.
No i psy zaczeły śpiewać jak słuchać było syrene karetki. Tak na dwa głosy, Chudi wysoko,
cienko, Kropcia niżej, bardziej stonowanie.
Na początku oczywiście była trochę zazdrosna, zabierała zabawki, zaczęła pilnować
jedzenia i jeśc łapczywie, co wcześniej się jej nie zdarzało, ale szybko przekonała się, że
Chudi, mimo że dużo sprawniejszy od niej, nie chce podgryźć jej pozycji (przynajmniej na
razie), a my też do tego nie dążymy. Zawsze była pierwsza głaskana , pierwsza dostawała
miskę, jej dzienne posłanie było bliżej drzwi, no i pilnowaliśmy, żeby psy nie kradły sobie
jedzenia. Poza tym Kropeczka wchodziła do domu, czego to Nowy mający prawdopodobnie
łancuchową przeszłość bardzo się bał, a my nie zachęcaliśmy go do tego specjalnie dając mu
czas na pozbycie się leków.
Kropcia była u nas za krótko. Tylko 9 miesięcy. Miała około 3 lat. To nie jest czas na
umieranie. Nie jeśtesmy przygotowani na taką stratę. Nie przewidzieliśmy takiego
scenariusza. Zdażyliśmy się dograć, bardzo pokochać, wiele problemów się rozwiazało, a
inne zaakceptowaliśmy takimi jakie sa zdając się na czas i teraz mogło byc już tylko dobrze,
szczęśliwie. Strasznie nam jej brakuje i nie możemy pogodzic się z tym, że jej już nie ma z
nami. Może inaczej byśmy do tego podeszli, gdyby przeżyła z nami kilkanaście lat, albo
zabrała ją nam jakaś choroba typu złośliwy, nieuleczalny nowotwór, . Ale nie głupi kleszcz!
Kropka była zabezpieczone antykleszczowo obrożą Kiltix firmy Bayer. Nosiła ja 1,5
miesiąca (miała być skuteczna przez 6 miesięcy, a na pewno przez 4-5). Polecił ją nam i
sprzedał lekarz weterynarii, a producent na swojej stronie zachwala, że to najskuteczniejszy
środek kleszczobójczy, że jest pewny i skuteczny, że owszem, sporadycznie kleszcze może
się przyczepic, ale nie żeruje, a wiec i nie zaraża babeszjoza….. Przecież to sa kłamstwa.
Dlaczego nikt nas nie uprzedził, że to tylko środek odstraszajacy, że połowa kleszczy nic
sobie z tego nie robi. Dlaczego nie ma tego w ulotce i dlaczego lekarze sprzedając coś takiego
nie uprzedzają, że to nie do końca działa. Jak można tak igrać czyimś życiem.
Kropka była dużym psem z gęstym futrem, szukanie u niej kleszcza przed opiciem
było bardzo trudne.
W piątek 29-go maja Kropka rano nie chciała jeśc, mimo że poprzedniego dnia bawiła
się i nie wygladała na chora. Zostawiłam ja w domu z jedzeniem i piciem i pojechałam do
pracy. Koło południa zadzwoniłam do lekarza, poradził, żeby po powrocie do domu zmierzyć
jej temperaturę. Tylko, że kiedy wróciłam po południu, Kropka nie miał siły wstać i miała już
żółtaczkę. Natychmiast pojechaliśmy do lecznicy. Lekarz był zaskoczony tempem rozwoju
choroby. Dostała zastrzyki na babeszjozę, leki osłonowe, kroplówki, zrobiliśmy badanie krwi.
Na drugi dzień od rana – kroplówki, transfuzja krwi, leki osłonowe i powtórka badan.
W niedziele również. Walczyliśmy o nią do końca. Nie mogliśmy uwierzyc, że to się może
stać, wiem jak wygląda babeszjoza, przecież sa na nią leki, przecież Kropka była
zabezpieczona, leczona, czuwaliśmy przy niej, wypełnialiśmy wszystkie zalecenia lekarza.
W niedzielę było przesilenie. Późnym popołudniem lekarz powiedział, że jej stan
ustabilizował się, że musi być cały czas pod kroplówka, ale że możemy zabrać ja na noc do
domu. Umówiliśmy się następnego dnia na rano, którego to Kropeczka już nie doczekała.
Umarła trzeciego dnia choroby, w niedzielę wieczorem 1-go czerwca, w Dzień Dziecka.
A my do tej pory nie możemy się z tym pogodzić i nie możemy w to uwierzyć. Robiliśmy
wszystko, żeby była z nami jak najdłużej, na pewno dużo dłużej niż te 9 miesięcy. Mieliśmy
tyle planów z nia zwiazanych. To lato miało byc dla nas, dzień jest dłuższy, ciepło, wiecej
czasu. Mieliśmy jeździć nad wodę, bo pływanie bardzo dobrze robi na stawy, a ona
uwielbiała wode. Mieliśmy nadzieje, że Chudiemu też się spodoba...
Jak mogliśmy przegapić kleszcze. Znam kilka psów, które przechodziły babeszjozę (Kropka
też miała ją zima) ale żaden nie umarł, przecież są na to leki, wystarczy tylko nie czekać, aż
samo przejdzie i pojechać do lekarza.
Dlaczego więc nasza Kropka nie żyje. Mam straszny żal, głównie chyba do siebie, że coś
przegapiłam, nie ochroniliśmy jej wystarczająco, uwierzyłam lekarzom i producentom, że ją
zawiodłam, a ona tak bardzo mi ufała i powierzyła mi całą siebie. Strasznie mi
jej brakuje.
Chudi też nie wie co ze sobą zrobić. Oczywiście Pani Krystyno, że go nie oddamy, on
również jest członkiem naszej rodziny, ale nie jest w stanie zastąpić nam Kropki.
Bardzo Pani dziekuję, że nam ją Pani powierzyła, że ją Pani razem z innymi osobami
uratowała ze schroniska w Sieradzu .
Wiem, że ma Pani wiele psów pod swoją opieką i wielkie dramaty. Robi Pani fantastyczne
rzeczy, walczy, a ja nie mogę się pozbierać po stracie Kropki.
Najgorsze jest to, że to co się stało nie moge cofnąc. Niezależnie od tego, co bym nie zrobiła,
nic się nie zmienia i nikt nie chce mi oddać mojej Malutkiej.
Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz dziekuję za wszystko.
Jola A.
Bella-Fela
marzec 2008
Pani Krystyno,
Felusi już nie ma z nami...odeszła 28 marca o 14,35...
mięsak z przerzutami... tak pusto bez Felusi...
Pamięta Pani? obiecaliśmy jej że pojedzie nad morze...
pojechała ...
ale
odeszła za szybko, miejsce nad morzem nadal na Nią czeka...
M ,K S.