"Gwoździk" był sentymentalny po końce obwisłych uszu,
był cienką, czarną struną straszliwie napiętej miłości,
bezładnym szaleństwem ogonka, spojrzeniem z czarnego pluszu,
na próżno próbował sprostać cudownej twej obecności.
Wszystek był tylko po to, żeby przy tobie siedzieć,
żeby się patrzeć na ciebie, zebyś go brała na ręce,
gdyby umiał rozmawiać, nic by nie mógł powiedzieć,
tylko że ciebie kocha. Nic więcej. Nic więcej.
Lecz ty go jakoś kochałaś nie bardzo, a on to rozumiał i gryzł się...
Moze dlatego dziś po nim płaczesz z milości.
Gdyby to wiedział, napisałby taki do ciebie list (gdyby umiał):
"jakie to szczenście, rze mnie ukradli, z koro hoć za to mnie kohasz! - Twuj Gwoździk"